Marzenia zaczęły się spełniać, Libia 1



        Po powrocie z kontraktu w NRD wróciłem do pracy w swojej spółdzielni geodezyjnej w Kielcach i wykonywałem dalej wiele pomiarów w wojewódzkim kieleckim. Marząc dalej o przygodach i pracy w ciekawych krajach, zapisałem się na kurs języka angielskiego i francuskiego. Zimą
 1979 roku koledzy po fachu, powiedzieli mi  że warszawska  firma konsultingowa"Wadeco" za pośrednictwem Polserwisu, podpisała duży kontrakt na prace projektowe w Libii i potrzebuje wielu geodetów. Organizacją i wyborem odpowiednich specjalistów zajęło się Warszawskie Przedsiębiorstwo Geodezyjne. Wiadomość ta była dla mnie tak atrakcyjna, że postanowiłem działać. Ale jak dotrzeć do dyrektora tej firmy w Warszawie, aby chciał mnie zaakceptować. Miałem trochę szczęścia, bo kiedy opowiedziałem swojemu szefowi w Spółdzielni "Techno-plan" o chęci wyjazdu na ten kontrakt, powiedział, że on dobrze zna dyrektora tej firmy i pomoże mi.  Z dyrektorem spółdzielni byłem w bardzo dobrych układach, czasami razem wykonywaliśmy niektóre pomiary. Był to bardzo porządny i uczciwy człowiek. Tak bardzo chciał mi pomóc, że pojechał ze mną do Warszawy i przedstawił mnie dyrektorowi WPG jako doświadczonego i solidnego geodetę. To zadecydowało o zakwalifikowaniu mnie na wyjazd do Libii. 

        8 marca 1979 roku po raz pierwszy wsiadłem do samolotu i poleciałem do Trypolisu z przesiadką we Frankfurcie nad Menem.  Otworzył się przede mną wielki świat i wielka przygoda.

        Na super nowoczesnym lotnisku w Trypolisie mieli czekać na mnie, już pracujący tam geodeci. Ku mojemu zaskoczeni, byli to moi koledzy ze studiów z którymi nie widziałem się od momentu zdania dyplomu w 1965 roku. Oni również byli zaskoczeni, bo nie wiedzieli kogo przysłano dodatkowo z Warszawy. Ucieszyliśmy się wszyscy bo byliśmy ze sobą dobrze zżyci.  Kiedy wyszliśmy z hali lotniska buchnęło na nas rozgrzane afrykańskie powietrze.

        Jadąc samochodem do miejsca zamieszkania w centrum Trypolisu, byłem całkiem oszołomiony egzotyką tego miasta. Był to okres szybkiego rozwoju Libii za panowania Muamara Kadafiego, kiedy zaczęto wydobywać i eksportować ogromne ilości ropy naftowej. Szybko rozwijała się cała infrastruktura Trypolisu. Jechaliśmy szerokimi arteriami wzdłuż pasa nadmorskiego z piękną, bogatą zabudową. Wszystko było dla mnie egzotyczne - kobiety całkowicie pozakrywane od góry do stóp, mężczyźni w białych galabijach i turbanach na głowie, palmy. Ruch samochodowy na ulicach był bardzo duży.

        Na początku zawieziono mnie do biura "Wadeco" w samym centrum Trypolisu. Był to wielopiętrowy biurowiec przeznaczony w całości dla polskich specjalistów z różnych branż. Polacy opracowywali tak zwany "Master Plan" związany z planem zagospodarowania przestrzennego miast regionu Trypolitanii.

          W biurze "Wadeco" spotkałem się również z wieloma moimi kolegami ze studiów. Dowiedziałem się od nich, że w Libii pracuje również mój przyjaciel Edek Nowakowicz z którym wykonywałem pracę dyplomową na politechnice. Takich nieoczekiwanych spotkań było więcej , ale o tym napiszę później. 

                                 

          Geodeci pracujący w biurze Wadeco w Trypolisie mieszkali w wynajętej, bardzo ładnej willi, gdzie również i ja zamieszkałem przez pierwszy tydzień, aby przygotować się i zapoznać z zakresem mojej pracy. Głównym szefem kontraktu geodezyjnego był Krzysztof Szeląg. Zadecydował on, że będę kierownikiem jednego z zespołów.
        Jako kierownik otrzymałem potrzebne materiały, jak mapy topograficzne, stare zdjęcia lotnicze, opisy dawnych punktów triangulacyjnych, do których należało dowiązywać wszelkie pomiary. Dowiedziałem się również, że moja baza znajduje się w małym mieście Az Zintan na płaskowyżu Dżebel Nefuza. Wynajęto tam niewielki dom, na skraju miejscowości, gdzie już mieszkało kilku pomiarowych z geodetą Andrzejem Grabowskim. 
        Po tygodniowym pobycie w Trypolisie przyjechał po mnie Andrzej i razem pojechaliśmy do naszej kwatery w Az Zintan.
Andrzej starszy ode mnie o kilka lat, stał się moim wspólnikiem i przyjacielem w wielu przygodach związanych z pracą. Jedną z tych przygód opisałem we wstępie do bloga. Przyjechał po mnie nowym Fiatem Mirafiori i wyruszyliśmy w drogę. Już za Trypolisem krajobraz stawał się coraz bardziej dziewiczy i dziki wprawiając mnie w zachwyt. Olbrzymie bezkresne przestrzenie dawały mi wrażenie prawdziwej wolności. Czułem się szczęśliwy i radosny. Takie emocje towarzyszyły mi zawsze kiedy wracałem do Północnej Afryki. Zrozumiałem wówczas opisy wielu podróżników zakochanych w tej scenerii.

    Nasza kwatera była typowym arabskim domem z płaskim dachem na którym znajdował się taras i niewielkim patio w środku. Nie było tam żadnych luksusów, a wręcz spartańskie warunki. Zabraliśmy się do wygodnego urządzania naszych pomieszczeń. Kupiliśmy niezbędne meble jak szafy, stoły składane łóżka, naczynia kuchenne itp. Ekipa nasza składała się z pięciu osób tj  mnie i Andrzeja oraz  trzech pomiarowych. Do dyspozycji mieliśmy dwa samochody -  terenową Toyotę Land Cruiser i wspomnianego wcześniej Fiata Mirafiori.
    Po rozlokowaniu się i zagospodarowaniu swojej kwatery, rozpoczęliśmy pracę w terenie. Na początku zapoznaliśmy się z okolicą i objechaliśmy wszystkie 10 miast w których mieliśmy założyć fotopunkty, a następnie specjalnymi pomiarami nadać im współrzędne geodezyjne. Miasta te znajdowały się na ogromnej przestrzeni w promieniu około 500 km. Do niektórych było trudno trafić. Drogi na pustyni były nie utwardzone i rozgałęziające się. Zwykle musieliśmy jechaliśmy na azymut, sprawdzając przejechany dystans. Proszę pamiętać, że wtedy nie było nawigacji satelitarnej. Były sytuacje, że po kilka dni szukaliśmy na tych bezdrożach Sahary, określonych miast lub osiedli, a co dopiero, kiedy musieliśmy znaleźć, istniejące w terenie, stare punkty geodezyjne lub repery, do których należało dowiązać wszelkie pomiary. Taka praca pociągała za sobą, wiele nieprzewidzianych zdarzeń i przygód.

              Ale ta praca dawała nam ogromne możliwości poznania nie tylko fascynującej przyrody Sahary, ale też miast i małych osiedli, żyjących tam ludzi, ich zwyczajów, zachowań i życia w tych trudnych warunkach. Wszędzie spotykaliśmy się z ogromną życzliwością  miejscowej ludności, która choć biedna, była dla nas zawsze przychylna i przyjazna. Spotykaliśmy się również z ich wielką gościnnością. Ile razy zatrzymywaliśmy się, czy to na pustyni, w miasteczkach, czy w wioskach, zawsze zjawiał się jakiś Arab z tacą, na której miał przeważnie wodę, kawę i owoce i  częstował nas. Było to bardzo miłe i choć wielu Polaków źle wyrażało się o Arabach, ja miałem o nich dobre zdanie, trzeba było tylko zaakceptować ich inną mentalność.
        Aby dać pełny obraz jak trudna była nasza praca, muszę opisać sposób stabilizacji fotopunktów. Po ustaleniu w terenie miejsca stabilizacji fotopunktu, wkopywaliśmy 1,5 metrową betonową rurę i zalewaliśmy robionym przez nas na miejscu betonom, a w wystającą część wkładaliśmy śrubę, do której mocowaliśmy tablicę o rozmiarach 2 na 2 metry z namalowanym białym krzyżem na czarnym tle, aby był widoczny na zdjęciu lotniczym. Często takie punkty znajdowały się w niedostępnych miejscach, nawet dla terenowego samochodu, zwłaszcza w terenach górzystych. W takich sytuacjach cały sprzęt musieliśmy dźwigać na plecach, w wysokich temperaturach.
        Zdarzało się wiele niebezpiecznych przygód. Kiedyś  nie mając możliwości dojechania naszą Toyotą do punktu triangulacyjnego, usytuowanego na pustyni, poszliśmy pieszo kilka kilometrów. Szliśmy dość długo i z wielkim trudem. W końcu odnaleźliśmy na wzgórzu szukany, zabetonowany w piasku punkt. Zrobiliśmy jego szczegółowy opis i zmęczeni w upale zaczęliśmy wracać do naszego samochodu. W pewnej chwili zauważyliśmy, że  straciliśmy orientacje, ponieważ góry piachu i dolinki były bardzo do siebie podobne. Mieliśmy lornetki, ale samochodu ani śladu, a w aucie było całe picie i jedzenie. Było już późne popołudnie i baliśmy się, że utkniemy tu na noc. Aby zwiększyć przeszukiwany obszar ustawiliśmy się w szeroką tyralierę tak, aby widzieć się na wzajem. Po około 2 godzinach któryś z kolegów  zobaczył przez lornetkę nasz samochód. Byliśmy uratowani.

        W połowie kwietnia były urodziny Andrzeja, toteż nadarzyła się okazja, aby zrobić przyjęcie. Wysłaliśmy zaproszenie do naszych kolegów pracujących w Trypolisie i zajęliśmy się przygotowaniami kulinarnymi, aby uczcić ten dzień. Dla pracujących w stolicy była to zawsze wielka gratka, wyjechać z miasta i podziwiać piękne krajobrazy Libii. W przygotowywaniu całej imprezy i gotowaniu, pomagał nam najstarszy z pomiarowych pan Januszek, którego zrobiliśmy kucharzem. Kiedy codziennie jechaliśmy w teren, on zostawał w naszym  "hoszu" (tak nazywają się domy w Libii) i przygotowywał dla nas obiad. Był on słabego zdrowia i dlatego nie braliśmy go w teren, miał problemy z sercem i właściwie nie powinien jechać w tak gorący klimat. Wszyscy bardzo lubiliśmy pana Januszka z uwagi na jego pogodny charakter. Lubił śpiewać, opowiadał wiele dobrych kawałów i zawsze był wesoły. Z niecierpliwością czekał z obiadem na nasz powrót z terenu.
        Nasi goście przyjechali z Trypolisu dwoma samochodami dość późno, ale bez szefa kontraktu, który musiał zostać w biurze na dyżurze. Przywieźli ze sobą 2 litry nielegalnego  bimbru, jako, że w Libii obowiązywała całkowita prohibicja. Biesiada trwała do późnych godzin nocnych. Na szczęście nasz dom znajdował się na skraju miasta i wokół nie było żadnej zabudowy, oprócz małej chatki naszego sąsiada dziadka Berbera, który był głuchy i przyjazny.
        Na drugi dzień rano nasi trochę skacowani goście  po dobrym śniadaniu i wypiciu mocnej kawy, postanowili pojechać na wycieczkę, aby zobaczyć pustynie i głębokie kaniony, po wyschniętych korytach rzek, na krawędzi których, znajdowały się przytulone chaty plemion berberskich. Były to widoki zapierające dech w piersiach. Chciał się z nimi zabrać również pan Januszek, ale widząc,  że wypił sobie rano kieliszek bimbru jako klina i zaczął marudzić, zabroniłem mu jechać. Jako przewodnik pojechał z nimi Andrzej. A ja ponieważ dobrze znałem te tereny zostałem z panem Januszkiem w domu, aby posprzątać po całej libacji i przygotować obiad dla naszych gości.
        Po wyjeździe kolegów, zabrałem się za zmywanie i porządkowanie naszej chaty, w czym cały czas przeszkadzał mi podpity Januszek. Powiedział, że to jego rola, a nie moja. Ja, widząc ,że ledwo trzyma się na nogach, kazałem mu położyć się do łóżka. Mimo to dalej marudził i przeszkadzał.
Na nieszczęście na parapecie okna, stała butelka z niedopitym bimbrem. Widząc to Januszek niewiele się zastanawiając, złapał ją i wypił resztę. Nie zdążyłam mu jej wyrwać. Potem poszedł spać.
        Po kilku godzinach do domu wrócili wygłodniali wycieczkowicze i z apetytem zasiedli do przygotowanego obiadu. Poszedłem do drugiego pokoju, gdzie spał Januszek, aby go obudzić na obiad, ale zauważyłem, że przestał chrapać, a zwykle chrapał bardzo głośno. Kiedy próbowałem go dobudzić nie reagował.  Zawołałem chłopaków. Sprawdziliśmy mu puls, był niewyczuwalny, również nie oddychał. Wiedzieliśmy, że w Az Zintan jest mały szpital, co prawda był to piątek, u Libijczyków dzień wolny od pracy, ale jakiś lekarz powinien pełnić dyżur.
Załadowaliśmy Januszka do jednego z samochodów i zawieźliśmy do szpitala. Na dyżurze był jeden lekarz Pakistańczyk, który stwierdził zgon i kazał go zostawić w szpitalu.
        Wróciliśmy do naszego domu i szybko usunęliśmy wszystkie butelki po bimbrze, bo w Libii za posiadanie alkoholu szło się do więzienia. Po kilku godzinach, kiedy robił się już wieczór, przyjechało do nas trzech policjantów. Okazało się, że jeden z nich dobrze mówi po polsku, bo tam kończył studia, i przeprowadził z nami wywiad. Wszyscy oświadczyliśmy, że miał kłopoty z sercem.
        Baliśmy się tylko, aby lekarz nie stwierdził, że miał dużo alkoholu we krwi. Picie i posiadanie alkoholu w Libii, było ostro karane więzieniem. Zaraz po wyjeździe policjantów, wsiedliśmy do samochodów i pojechaliśmy do Trypolisu. Był już późny wieczór i dojechaliśmy tam około północy. Obudziliśmy naszego szefa Krzysztofa opowiadając co się zdarzyło. Natychmiast się ubrał i wszyscy pojechaliśmy do biura. Zaprowadził nas na ostatnie piętro tego wieżowca, gdzie w niewielkim pomieszczeniu stało kilka 20 litrowych kanistrów z bimbrem. Natychmiast wylaliśmy je do ubikacji, aby zatrzeć wszelkie ślady w razie rewizji policji. Na szczęście nie zrobiono ani sekcji zwłok, ani nie pobrano krwi zmarłemu Januszkowi. Wracaliśmy do Az Zintan przybici tą tragedią.

                                                                        

                                       Az Zintan - czekamy z Andrzejem na naszych gości
                                                                              
Przed naszym domem w Az Zintan od lewej nie żyjący Januszek w białym kapeluszu, nasz sąsiad Berber, mąż mojej dawnej sympatii z dziećmi i ja

        Po powrocie z Trypolisu od razu zabraliśmy się do intensywnej pracy, aż któregoś dnia przyszło zawiadomienie, że mamy jechać do miejscowości Gadames położonej na trój granicy Libii, Algierii i Tunezji, celem wyłożenia tam tablic z wymalowanymi krzyżami jako fotopunkty do nalotu samolotu, który następnego dnia miał robić tam zdjęcia. Ponieważ do Gadamesu było około 900 km w głąb pustyni pojechaliśmy w trzy samochody dla bezpieczeństwa, Trzecim autem przyjechali do nas geodeci z innego zespołu. Na jakieś 80 km przed Gadamesem zjechaliśmy z trasy i zatrzymaliśmy się przy słonym jeziorku na pustyni, aby odpocząć, zjeść kolacje i przespać noc. 
        Rozstawiliśmy  stoliki, zagotowaliśmy wodę na kawę i herbatę, wyjęliśmy nasze zapasy żywnościowe i zmęczeni jedliśmy nasze posiłki. Niespodziewanie, na tym odludziu, zobaczyliśmy jak zza skarpy otaczającej jezioro, wyłania się jakiś autobus. W pierwszej chwili myśleliśmy, że to jacyś Arabowie i zepsują nam cały odpoczynek, ale kiedy zbliżył się, odczytaliśmy napis Budimex Poland. Byliśmy całkowicie zaskoczeni. Tu gdzie nie ma żywego ducha,  nagle pojawiają się nasi rodacy. Byli to pracownicy z Budimex'u budujący cukrownie w miejscowości Homs. Grupa wybrała się na wycieczkę.
        Po krótkim przywitaniu, zaczęli się rozpakowywać po drugiej stronie jeziorka. Zobaczyliśmy, że wyjmują jakieś skrzynki z butelkami, robiło się pomału ciemno, my siedzieliśmy trochę osowiali przy naszych stolikach, a w przybyłej grupie Polaków robiło się coraz weselej. Niestety nie zapraszali nas do siebie. Kiedy zrobiło się już zupełnie ciemno, Andrzej wpadł na pomysł jak zwrócić uwagę naszych sąsiadów.  Było to moje zadanie. Miałem zrobić salto do słonego jeziorka w którym wszyscy bali się kąpać. 
        Ponieważ było już ciemno, choć nad nami rozgwieżdżone niebo tworzyło niesamowitą kopułę, koledzy uruchomili samochody, włączyli reflektory i oświetlili całe jeziorko, a ja z rozbiegu zrobiłem salto i wskoczyłem do wody. Ktoś zrobił mi wtedy zdjęcie, ale gdzieś zaginęło. 
        Przybysze byli zaskoczeni i myśleli, że jesteśmy już pijani. Zastanawiali się czy wypłynę żywy.  A my nawet grama alkoholu nie mieliśmy ze sobą. Oczywiście zaprosili nas do siebie i zaczęły się Polaków nocne rozmowy, ostro zakrapiane bimbrem, któremu nadano nazwę "cekopianka". Każdy opowiadał jakąś ciekawą historię związaną z kontraktem w Libii, ale kiedy już dobrze zaszumiało wszystkim w głowach zaczęły się pijackie pieśni.
        Mnie już po dwóch musztardówkach, bo kieliszków nie było, tak zakręciło się w głowie, że poszedłem do auta, wyjąłem rozkładane polowe łóżeczko, ustawiłem na piasku i położyłem się. Słuchałem polskich pieśni i patrząc w niebo widziałem rozgwieżdżoną kopułę gwiazd, która obracała się nade mną. Było to wspaniałe uczucie, którego nigdy więcej nie zaznałem, ani wcześniej, ani później.
        Po tych pięknych przeżyciach przyszedł ranek, dla skacowanych z bólem głowy i pragnieniem wody. Mieliśmy w kanistrach zapas wody, ale o temperaturze powietrza, które całą noc wynosiło 30 stopni C. Mogliśmy ją tylko zagotować i zrobić mocną kawę. 

                                                                              

                                        Słone jezioro na Saharze dokoła goła pustynia


Po lekkim śniadaniu wsiedliśmy do samochodów i pojechaliśmy do Gadamesu. Miasto przedziwne, większość ulic i domów znajduje się pod ziemią z uwagi na bardzo wysokie temperatury jakie tam panują. Ludzie głównie Berberowie, mocno ciemni, patrzyli na nas z zaciekawieniem.
        Legenda głosi, że nazwa Gadames, pochodzi od zbitki słów: "ga-da-mes" co w języku berberskim oznaczało "obiad będzie jutro", a wzięło się to stąd, że w dawnych czasach zamieszkiwała tam jedna rodzinna berberska, bardzo skąpa. Kiedyś po bardzo długiej podróży dotarła do oazy karawana z której ludzie byli już na skraju wyczerpania.
Poprosili o jedzenie i picie, na co najstarszy z klanu, który był bardzo chytry, odpowiedział właśnie tymi słowami  "obiad będzie jutro". Ludzie z karawany z wyczerpania i braku pożywienia nie doczekali następnego dnia i zmarli.

    Po wykonaniu zadania tj. wyłożeniu tablic, w miejscach założonych wcześniej fotopunktów, wróciliśmy do swoich baz

    Po kilkunastu miesiącach w moim zespole zostało nas tylko dwóch ja i Andrzej. Januszek zmarł, kierowca nie wytrzymał upałów i zrezygnował z kontraktu, a trzeciego pomiarowego zabrano do biura w Trypolisie. W związku z tym rozdzielono nas z Andrzejem. On został wysłany do miejscowości Zawoja, na zachód od Trypolisu, dla wzmocnienia tamtejszego zespołu, a mnie skierowano do zespołu w Homsie na wschód od Trypolisu.
        Obok nowoczesnego miasta Homs (Al Chums) w niewielkiej odległości, znajdują się doskonale zachowane ruiny starożytnego miasta z okresu świetności Rzymu Leptis Magna.
Miasto to robi ogromne wrażenie na zwiedzających. Znajdują się tam pozostałości wspaniałych świątyń z pięknymi kolumnami, resztki domów, łaźnie z termami, ogromny i dobrze zachowany amfiteatr, place i wybrukowane ulice, pozostałości portu morskiego. 
Zaintrygowały nas wspólne toalety, były to marmurowe ławy z otworami, wzdłuż których wyżłobionymi rowkami płynęły pachnące olejki.
Kontrakt pod tytułem "Master Plan" zakończył się dla mnie po półtora roku. Wróciłem do kraju pełen wrażeń i wspomnień i dalszą pracę kontynuowałem w swojej Spółdzielni Geodezyjnej "Technoplan" w Kielcach. W pierwszym okresie cieszyłem się, że już jestem w Polsce wśród swoich, to po jakimś czasie, znowu coś ciągnęło mnie do tych bezkresnych przestrzeni Sahary.

Ulica w Leptis Magna
Świątynia Rzymska



                            


Amfiteatr w Leptis Magna


Ja z Bożeną na tle świątyni










                                      
Starożytne wspólne toalety w Leptis Magna


                                                                       










                                                                                                                                              

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Artykuł z Przeglądu Geodezyjnego o historii Marka Beniowskiego

Algieria - historia księżniczki Aureli