Algieria - historia księżniczki Aureli
Algieria -
historia księżniczki Aureli
W poprzednim odcinku bloga pt.: „Algieria –
projektowanie i wytyczanie dróg w górach Atlasu Telskiego” pisałem o mojej
pracy w miejscowości Relizan. Na obrzeżach tego miasta, znajdowała się nasza
baza, a w niej biuro administracyjne firmy A.G.I.D (skrót oznacza Narodowa
Agencja w Gestii Realizacji Systemu Hydrologii i Irygacji), oraz kilka
jednorodzinnych domów dla pracowników z Polski i Algierii. Mój dom sąsiadował z
domem specjalisty budownictwa wodnego inż. Piotra Jamki. Piotr mieszkał w
Algierii ze swoją rodziną. Jego żona Grażyna, romanistka z Uniwersytetu
Jagiellońskiego z Krakowa, dostała ciekawą książkę w języku francuskim,
napisaną przez oficera francuskiego Rogera Frison-Roche pod tytułem Djebel
Amour (Góra Miłości). Autor opisał w niej historię miłości i życia berberyjskiego
księcia i Francuski Aurelii. Wydarzenia te miały miejsce we Francji i Algierii pod
koniec XIX i na początku XX wieku. Jedna z moich podróży zaprowadziła mnie do
miejsc opisanych w tej książce. Zanim o tym opowiem zacytuje wstęp do książki
Djebel Amur, przetłumaczony na moją prośbę z francuskiego na polski przez
Grażynę Jamkę:
Aurelia Picard była córką francuskiego
żołnierza, odznaczonego Legią Honorową za zasługi dla Francji podczas pełnienia
służby w Algierii. Ojciec dobrze mówił po arabsku, znał lokalne obyczaje i był
urzeczony pięknem tego kraju. Stary żołnierz często wspominał Algierię w
rodzinnym domu. Aurelia mieszkała z rodzicami w Arc-en-Barrois i pracowała tam jako
modystka. Pewnego dnia spotkała właścicielkę zamku w Arc-en-Barrois, żonę Ministra
ds. poczty. Urok, inteligencja i poczucie humoru dziewczyny tak spodobało się arystokratce,
że zaproponowała jej posadę damy do towarzystwa. Aurelia była osobą ambitną,
zawsze marzyła o lepszym życiu więc przyjęła tę propozycję. Dziewczyna szybko
nabyła dworskich manier i stała się ulubienicą swojej pani.
Zimą 1870/71 Francja toczyła wojnę z
Prusami. Kraj ogarnęły zamieszki. W Paryżu wybuchło powstanie komuny. Cały rząd,
a wraz z nim i rodziny jego członków ewakuował się do Bordeaux. Również
Minister ds. Poczty ze swoją żoną i Aurelią poszedł w te ślady. W Bordeaux
zamieszkali w luksusowym Grand Hotel. W tym samym budynku przebywał książę Si
Ahmed Tidjani. To bardzo prestiżowy gość, przywódca muzułmańskiego bractwa
religijnego Tidjani. Polityczne wpływy bractwa obejmowały Saharę i sięgały aż w
głąb Czarnej Afryki.
Dla Francuzów była to bardzo ważna postać
z uwagi na ich interesy w Północnej Afryce. Książę chwilowo schronił się w
Francji, bo w Algierii nie było bezpiecznie.
Aurelia spotkała księcia na pałacowym korytarzu.
Ona niosła gołębie pocztowe, on wracał do swojego apartamentu. Książe był młody,
miał 23 lata. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Książe zapragnął zabrać
Aurelię z sobą do kraju i wystąpił do ministra z bardzo hojną propozycją odkupienia
dziewczyny. Nie znał europejskich obyczajów. Wytłumaczono mu, że aby poślubić kobietę
musi poprosić ojca o jej rękę. Do Bordeaux wezwano starego Picarda. Ojciec zgodził
się na ślub, ale pod warunkiem, że Aurelia będzie jedyną żoną księcia i pozostanie
katoliczką.
No i zgodę musi wyrazić sama Aurelia. Dziewczyna była odważna i ambitna.
Dumny, a przy tym nieco nieśmiały książę podobał się jej. Powiedziała TAK.
To małżeństwo było politycznie korzystne
dla francuskiego rządu, bo umieszczali "swojego człowieka" w centrum
wpływowego berberyjskiego rodu.
Ślub zaplanowano w Algierze, dokąd Aurelia
pojechała z ojcem. Niestety pojawiły się problemy. Przeszkodą było prawo
francuskie, które nie zezwalało na ślub autochtona muzułmanina z katoliczką.
Gubernatorowi zależało na przychylności Si Ahmeda, ale uważał ten ślub za szaleństwo.
Również muzułmanie byli mu przeciwni.
Po paru miesiącach próżnych starań o formalną zgodę administracji francuskiej problem rozwiązał ksiądz. Arcybiskup Algieru widząc miłość i wytrwałość młodych zaproponował im cichy, katolicki ślub w bocznej kaplicy pięknego kościoła Notre-Dame-d'Afrique. Wobec faktów dokonanych władze świeckie nie mogły odmówić ślubu cywilnego. Pobrali się w r.1873.
![]() |
| Mapa Algierii z zaznaczonymi trasami naszych wycieczek |
Po ślubie Aurelia ze swoim berberyjskim mężem wyruszyli
z karawaną przez Saharę do pałacu księcia w miejscowości Ain Madhi, około 400
km na południe od Algieru. Aurelia jechała na białym koniu w męskim stroju
pełna obaw jak przyjmą ją poddani księcia. Wcześniej ustaliła z mężem, że ten
odeśle byłe żony poza mury pałacu.
Kiedy po kilku dniach dotarli do bram miasta Ain
Madhi, przywitał ich radosny tłum mieszkańców. Zsiedli z koni, a książę
berberski zwrócił się do mieszkańców. Przedstawił im swoją żonę i nakazał, aby
zaprowadzić ją do kobiet mieszkających w pałacu. Oczywiście wywiązał się ze
zobowiązania i usunął byłe żony.
Wydawało się, że życie księżniczki Aurelii zostanie
zamknięte w ścianach pałacu, ale dziewczyna miała zbyt bystry umysł, aby na tym
poprzestać. Chciała osiągnąć godną pozycję wśród tego ludu, ale aby tak się
stało musiała zdobyć jego zaufanie. Zaczęła od nauki języka miejscowej ludności.
Znając się trochę na medycynie i posiadając zapas przywiezionych ze sobą
lekarstw pomagała chorym. I tak krok po
kroku budowała relację ze swoimi poddanymi. Pewne zdarzenie mocno zaważyło na
jej pozycji. Jedna z byłych żon księcia, mająca z nim małe dziecko, postanowiła
otruć Aurelie i w jakiś sekretny sposób przemyciła do posiłku księżniczki truciznę.
Aurelia nie przeżyłaby zatrucia, gdyby jej
służąca nie domyśliła się co to za trucizna. Dziewczyna podała Aurelii
antidotum, które uratowało jej życie.
Po długiej rekonwalescencji, kiedy Aurelia doszła do
siebie, zamiast zemścić się na trucicielce, wzięła do pałacu na wychowanie jej
małego synka. Na skutek zatrucia i choroby sama nie mogła już mieć dzieci.
Ciesząc się przychylnością miejscowej ludności czuła
się na tyle bezpiecznie, aby wybierać się konno na długie przejażdżki po
pustynnej okolicy. Pewnego razu trafiła na niewielką oazę u podnóża góry, na
której rosło rozłożyste drzewo pistacjowe. Bardzo polubiła to miejsce.
Przejeżdżała tam często i siadała pod drzewem marząc o wybudowaniu w tym miejscu
pałacu otoczonego zielenią i sadem.
Aurelia była kobietą bardzo przedsiębiorczą i swoje
marzenia szybko zamieniała w czyn. Przy pomocy swoich przyjaciół z Francji wzniosła
wspaniały pałac z krużgankami i fontannami. Założyła cały system irygacyjny
nawadniający okolice pałacu dzięki czemu mogła założyć tam sad.
Wieść o przedsiębiorczej księżnej dotarł do uszu
nowego francuskiego gubernatora rezydującego w Laguacie. Urzędnik potraktował
te informacje z niedowierzaniem. Postanowił poznać księżniczkę i zobaczyć pałac
na własne oczy. Pojechał tam z francuskim oficerem. Widok pałacu zaskoczył ich obu. Budynek
utrzymany był w nienagannym porządku. Fontanny tryskały wodą, wszędzie
zieleniła się roślinność. Rósł sad. Służący zaprosił gości do dużego salonu,
aby poczekali na księżnę. Gubernator, pomimo zaskakującego piękna pałacu nadal
był sceptyczny wobec tej kobiety i podchodził do spotkania z nieukrywaną
nonszalancją. Niecierpliwie zapalił papierosa. Kiedy ujrzał księżną Aurelię schodząca
po schodach do salonu szybko zmienił zdanie. Od kobiety biła taka powaga,
dostojeństwo i charyzma, że rzucił papierosa i stanął na baczność oddając jej
honory. Po zapoznaniu się z całą działalnością Aureli powiedział, że żaden
Francuz nie zrobił dla ludności tak wiele dobrego jak właśnie ona. Miejscowi
dostali pracę, opiekę medyczną, nauczyli się nawadniać pola uprawne i zakładać
sady.
Francuski oficer, który towarzyszył gubernatorowi
nazywał się Roger Frison-Roche i kilka lat później napisał cytowaną na wstępnie
książkę pod tytułem Djebel Amour.
O Aurelii dowiedzieliśmy się od Grażyny i tak nas
zaciekawiła ta postać, że postanowiliśmy odwiedzić miejsca z nią związane. Z
mapy wynikało, że dzieli nas od jej pałacu ok 400 km, czyli około 5 godzin
jazdy autem. Nie mieliśmy wielkich oczekiwań. Minęło ponad 60 lat od jej
śmierci wiec pewnie nic po niej nie zostało, ale ekscytował nas już sam fakt
odwiedzenia okolicy, w której kiedyś mieszkała.
Gdy uzbierało się kilka wolnych dni, po
południu zaraz po pracy, wsiadłem z Bożeną do naszego służbowego „erkatra” czyli
niezawodnego Renault 4 i jako pierwsi wyruszyliśmy z Relizan do miasta Laguat.
Z Piotrem i Grażyną mieliśmy spotkać się na trasie, w miejscowości Tiaret, położonej
już na płaskowyżu, tam, gdzie zaczyna się prawdziwa Sahara. Do punktu
docelowego dotarliśmy pierwsi. Zaparkowałem auto w oczekiwaniu na przyjazd
przyjaciół. Nagle w biały dzień zaczęło robić się ciemno. Na niebie pojawiła
się olbrzymia czerwona chmura, w której z dużą częstotliwością przeskakiwały błyskawice
rozświetlając ponury horyzont. Widok był fascynujący, a zarazem groźny, bo
czegoś takiego nigdy nie widzieliśmy. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie
wracać do Relizan, bo „erkatra” państwa Jamków nadal nie było widać. W tym
momencie, niespodziewanie na nasz samochód runęła masa czerwonego błota, które
wyglądało jak ogromne krople krwi. Błoto całkowicie zasłoniło widok przez szyby.
Trwało to kilkanaście minut.
Zjawisko to następuje podczas burzy piaskowej, kiedy
bardzo drobne cząsteczki, czerwonego, pustynnego pyłu unosi wiatr, co prowadzi
do łączenia się ich z kroplami wody. W
ten sposób powstaje czerwony deszcz.
Po około piętnastu minutach czerwony opad zmienił się
w zwykłą ulewę, która spłukała błoto z szyb auta. Wówczas zdecydowaliśmy się wracać do Relizan.
Zjeżdżając w dół zobaczyliśmy zbliżające się z przeciwka Renault naszych
przyjaciół. Po krótkiej naradzie, rządni przygód zdecydowaliśmy jechać dalej,
bez względu na pogodę.
Do Laguatu dotarliśmy już w nocy. Znaleźliśmy hotel w samym
centrum miasta i zmęczeni wielogodzinną podróżą natychmiast zasnęliśmy. Kiedy
obudziliśmy się rano, zachwyciła nas piękna architektura hotelu, wybudowanego
jeszcze przez Francuzów. Z każdego pokoju było wyjście, poprzez krużganek na
duże patio z bardzo bujną roślinnością, basenem i fontanną. Po nocnych opadach
ranek przywitał nas błękitnym niebem i rześkim powietrzem. Po obfitym śniadaniu ruszyliśmy w dalszą podróż do
miasta Ain Madhi położonego około 60 km od Laguatu. Po niecałej godzinie
podróży stanęliśmy przed bramę miasta, tę samą do której w 1873 dotarła
karawana z młodą Aurelią i jej księciem.
![]() |
| Hotel w Laguacie |
Po przekroczeniu bramy, idąc wąskimi,
pustymi uliczkami, poczuliśmy się jakby czas cofnął się o sto lat. Po krótkim
spacerze zobaczyliśmy pałac księcia. Niestety nie mogliśmy do niego wejść, bo
wszystko było pozamykane, a miasto wyglądało jak wyludnione. Zrobiliśmy trochę
zdjęć i pojechaliśmy dalej, drogą prowadzącą do miejscowości Kourdane, gdzie według
opisu francuskiego oficera miał znajdować się pałac księżnej Aurelii.
![]() |
| Pałac księcia Berberskiego w Ai Madhi, od lewej Grażyna Magda i Bożena |
Droga prowadziła nas kamienistą
pustynią. Po pewnym czasie, naszym oczom ukazała się niewielka góra, a u jej
stóp bielejące zabudowania otoczone pasem gęstej zieleni. To była Góra miłości
- Djebel Amour.
![]() |
| Pałac księżnej Aurelii w Kourdanie |
Zachwyceni widokiem i odkryciem na
tym pustkowiu i odludziu poszukiwanego pałacu, zatrzymaliśmy się, aby z daleka
popatrzyć na budowlę i zrobić zdjęcia. Grażyna wyjęła książkę o historii
Aurelii i zaczęła czytać o tym, jakie wrażenie zrobił pałac na autorze
odwiedzjącym księżniczkę 100 lat przed nami. Byliśmy świadkami tego samego
widoku. Potem wsiedliśmy do aut i wjechaliśmy przez otwartą bramę do środka posiadłości.
Ujrzeliśmy piękny, choć zaniedbany
piętrowy budynek z krużgankami, otoczony bujną roślinnością z licznymi
zabudowaniami gospodarczymi i ogromnym drzewem pistacjowym rosnącym w centrum. Pod
drzewem stała niewielka, grobowa kapliczka, w której pochowano księżnę Aurelię.
![]() |
| W oddali pałac Księżniczki Aureli, Grażyna czyta urywki książki |
Na nasze spotkanie wyszedł bardzo
ciemny, stary Berber. Okazało się, że jest synem sługi księżnej, ma już 90 lat
i pamięta Aurelie z czasów, gdy był jeszcze dzieckiem. Opowiedział nam o
czasach świetności pałacu. Niestety po śmierci księżnej Arabowie wiele rzeczy
ukradli lub zniszczyli. Ale Berberowie strzegli i bronili tego miejsca, ile
mogli. Nasz gospodarz był opiekunem tego obiektu. Za jego zgodą weszliśmy do
środka pałacu. Naszym oczom ukazał się piękny, choć już mocno zaniedbany salon.
Wciąż stały w nim meble inkrustowane masą perłową, wspaniałe lustra, ozdobne
zegary, fortepian i wiele ciekawych bibelotów. Przedmioty były pokryte pyłem, ale
w całkiem dobrym stanie. To miejsce w środku bezludnej pustyni tak nas
zaskoczyło, że zaczęliśmy mówić do siebie szeptem. Wszystko co widzieliśmy zgadzało
się z treścią książki napisanej co najmniej 60 lat wcześniej!
![]() |
| Od lewej Marek, Magda, Grażyna, stary Berber i Bożena |
![]() |
| Wnętrze pałacu |
Zdumieni wyszliśmy na krużganek biegnący
wzdłuż pałacu. Dwóch starych Berberów prowadziło pod ramiona staruszkę pod
pistacjowe drzewo do grobowca Aurelii. Miejscowi uznali Aurelię za świętą,
czyli „marabu”. Być może staruszka znała księżną i szła się pomodlić. Zrobiłem
zdjęcie tej sceny
![]() |
| Widok z krużganka, dwóch berberów prowadzi starą kobietę do grobu Aureli |
Aurelia zmarła 28 sierpnia 1933 roku
w wieku 84 lat. Na jej życzenie została pochowana w Kourdane pod rozłożystym drzewem
pistacjowym, obok grobu męża Si Ahmeda. Miejscowi tytułowali ją zwrotem Lalla co oznacza kobietę wysokiego rodu. Berberowie nazywali ją też Lalla
Yasmina lub Lalla Tidjania. W mowie pogrzebowej podkreślono, że była wzorem szlachetności, dobroci i
hojności. Na marmurowej stalli jej grobu, napis po arabsku głosi: …zmarła
jako muzułmanka w otoczeniu licznych świadków tego wydarzenia.
![]() |
| Grobowiec księżniczki Aureli pod drzewem pistacjowym |
Z Kourdane wracaliśmy wzruszeni i oczarowani. Zachęceni tą przygodą i spragnieni kolejnych widoków Sahary postanowiliśmy z rodziną Jamków, w najbliższym wolnym czasie znów wspólnie gdzieś pojechać.
Wiosną 1990
przyleciał z Londynu do Algierii nasz syn Witek. Nadarzyła się okazja do
zorganizowania następnej wycieczki, bo mieliśmy trzy wolne dni od pracy. Naszym
celem były miasta Beszszar i Tagit, położone w pobliżu granicy z Marokiem w odległości od Relizan ponad 1000 km przez pustynie. Ich
okolice słynęły z prastarych naskalnych rysunków powstałych w czasach, gdy
Sahara była zieloną, pełną zwierząt sawanną.
Nie przypuszczaliśmy, że ta wyprawa będzie obfitować w wiele
niebezpiecznych przygód.
W podróż
ruszyliśmy jak poprzednio, dwoma już mocno przechodzonymi „erkatrami”. Renault
4 na ogół nas nie zawodziły, a jeśli coś w nich wysiadło łatwo było to naprawić.
W sumie było na 7 osób – rodzina Jamków tj. Grażyna, Piotr i ich dzieci Magda,
Joanna i Marek oraz my czyli ja z Bożeną
i Witek. I tym razem od początku podróży towarzyszył nam ulewny, wiosenny
deszcz. Nie martwiliśmy się nim. Byliśmy optymistami. Wzywała nas przygoda!
![]() |
| Mkną dwa "erkatry" po zalanych drogach do miasta Beszszar |
Pierwszy etap
wyprawy prowadził nas do oddalonej o 400 km miejscowości Ain Sefra, położonej
blisko granicy z Marokiem. To oaza otoczona piaskami Sahary. Dojechaliśmy tam
późnym wieczorem i zatrzymaliśmy się w hotelu położonym przy samych ramlah to
jest olbrzymich, wędrujących górach piasku. W pokojach roiło się od wstrętnych
i wielkich karaluchów. Chowały się po zapaleniu światła, a wyłaziły w
ciemności. Zmęczenie dało o sobie znać i nie zważając już na nic zasnęliśmy
twardym snem. Ranek przywitał nas piękną pogodą i rześkim powietrzem. Jeszcze
przed śniadaniem poszliśmy z Witkiem za hotel, aby wdrapać się na ogromne ramle
i zobaczyć panoramę Ain Sefry. Widok był wspaniały, miasto w dole spowite białą
mgłą, wokół pofałdowane góry piachu i całkowita cisza.
![]() |
| Ain Sefra u podnóża tej ramli nasz hotel |
![]() |
| Ain Sefra wczesny poranek, nad miastem unosi się mgła |
![]() |
| Poranny widok Sahary w Ain Sefrze |
Po śniadaniu
ruszyliśmy w dalszą drogę na południe w kierunku Bechar. Podróż przez pustynie
wcale nie jest monotonna, bo krajobraz często się zmienia. Pustynia w jednym miejscu
jest kamienista, a kawałek dalej przechodzi w zwały piasku. Zmieniają się
kolory od białego, aż do ceglastego. Niespodziewanie wyrastają góry powulkaniczne.
Szosa przecina dna wyschniętych, okresowych rzek. Spotyka się stada wielbłądów.
Na pustyni ciągle coś się dzieje więc droga nam się nie dłużyła. Wcale nie rzadkie są kępy drzew oliwnych lub
palm. W takich miejscach zatrzymywaliśmy się na odpoczynek i posiłki.
![]() |
| Zbliżamy się do gór wulkanicznych |
![]() |
| Witek pokazuje wielbłądy, a Marek chce zrobić im zdjęcie |
Wreszcie osiągnęliśmy nasz cel –
groty z naskalnymi rysunkami. Są dość proste w formie, nie tak wyrafinowane jak
te z Lascaux, czy Altamiry. Widzimy na nich ludzi polujących na stada antylop i
dziesiątki innych żyjących tu kiedyś zwierząt. Rysunki są świadectwem zmian
klimatycznych jakie zaszły na Saharze w ciągu ostatnich kilkunastu tysięcy lat.
Pustynia wciąż rośnie i pochłania zielone tereny. Moja praca przy irygacji
Algierii miała w pewnym stopniu pomóc zatrzymać ten proces.
Po kolejnych, kilku godzinach jazdy
dotarliśmy do starego, berberyjskiego miasta Tagit. Miejscowość jest nieco
nadgryziona zębem czasu, ale rekompensuje to jej pięknie położenie wśród
olbrzymich ramli. Z Tagitu skierowaliśmy się prosto do Bechar, celu naszej
podróży. Po drodze krajobraz zaczął się zmieniać. Z piasków Sahary dojechaliśmy
do czarnych, skalistych, powulkanicznych gór. I gwałtownie zmieniła się pogoda.
Z nieba lunął deszcz. Tak wielkie opady bardzo rzadko tu występują, podobno raz
na 30 lat. Szosa prowadziła wzdłuż gór położonych na zachód od drogi. Z łysych
wzgórz woda spływała wartkimi potokami nie napotykając żadnych przeszkód. Tam,
gdzie strumienie przelewały się przez szosę powstawały rozlewiska. Asfalt znikał pod wodą i przejazd w takim
miejscu odbywał się w ciemno, bo często nie było widomo, czy pod powierzchnią
nie czai się wypełnione deszczem zagłębienie. Widzieliśmy wiele utopionych w
takich dziurach aut. Nasze renówki dzielnie radziły sobie nawet z głębokimi
brodami. Ani razu nie zgasł silnik i niezawodne autka wychodziło zwycięsko z
każdej opresji. Myślę, że obecnie produkowane samochody, nafaszerowane
elektroniką, byłby by w tych warunkach zupełnie bezużyteczne.
![]() |
| Tak wyglądały nasze drogi |
Pokonując kolejne przeszkody, późnym
wieczorem dotarliśmy do Bechar. Byliśmy ponad 800 km na południe od domu,
prawie na szerokości geograficznej Marakeszu. Znaleźliśmy hotel i zmęczeni twardo
zasnęliśmy. Rano, po dobrym śniadaniu, pojechaliśmy obejrzeć górę wulkaniczną z
olbrzymim kraterem. Wrażenia były wspaniałe. Otwór był zalany wodą tworząca
kolorowe jezioro. Okolica miała księżycowy charakter. Czarne skały mieniły się
srebrzystą miką. W pobliżu zalanego krateru wybudowano cały szereg domków
letniskowych z uwagi na zdrowotne zalety tego klimatu i kąpiele w wodzie. Następnie
pojechaliśmy zwiedzić olbrzymią zaporę wodną w okolicy Bechar. Specjalistą i
pasjonatem takich zapór jest Piotra Jamka. Po całym dniu wojażowania wróciliśmy
do naszego hotelu.
![]() |
| Księżycowy krajobraz gór wulkanicznych i krater wulkanu zalany wodą |
![]() |
| Grażyna zbiera kamienie zielone |
![]() |
| Bożena pod palmą wokół groźny krajobraz gór wulkanicznych |
![]() |
| Miasto Beszszar w głębi widok meczetu w kształcie ramli |
W drodze na policję zobaczyliśmy
rozmawiających ze sobą kobietę i mężczyznę o wyglądzie europejskim. Stali przy
wielkim, nowym meczecie w kształcie ramli.
Zatrzymałem się koło nich i zgadałem. Okazało się, że są Francuzami,
mężczyzna jest zakonnikiem i głównym projektantem tego meczetu, a kobieta jest
jego siostrą. Powiedzieliśmy im o swojej sytuacji i o tym, że szukamy jakichś
Polaków. Zakonnik niewiele się namyślając wyjął z kieszeni 200 dinarów, bo tyle
miał przy sobie i dał nam. Bardzo mu za to podziękowaliśmy, zapisaliśmy adres,
obiecując, że zaraz po powrocie do Relizan odeślemy pieniądze. Na policję
jednak pojechaliśmy, bo napotkani Francuzi nie słyszeli nic o Polakach. Te 200 dinarów to też było dla nas trochę mało,
bo nie wiedzieliśmy, ile czasu przyjdzie nam tu spędzić.
![]() |
| Tagit, a za nami potężne ramle, które zdobywaliśmy |
![]() |
| W okolicach Tagitu kobieta berberska z wiązką chrustu na głowie |
Policjanci na posterunku byli
całkowicie zaskoczeni naszą wizytą. Też nic nie wiedzieli o Polakach, którzy by
mieszkali w Bechar. Wróciliśmy więc do hotelu z 200 dinarami w kieszeni. Poszukaliśmy
właściciela hotelu i przedstawiliśmy mu naszą sytuację. Ten bez wahania powiedział,
że możemy tu spać i jeść na koszt hotelu, a pieniądze odeślemy mu po powrocie
do domu. Nasza radość była wielka. Byliśmy też zaskoczeni zaufaniem jakim nas
obdarzył. Od razu zamówiliśmy obfite śniadanie. Po zwiedzeniu miasta, zjedliśmy
dobry obiad i kolację. Następnego dnia dowiedzieliśmy się, że sytuacja się
poprawiła. Po obfitych opadach zrobiła się piękna pogoda, a woda tu szybko
znika. Po śniadaniu wyruszyliśmy w drogę powrotną do Relizan. Szosa była
rzeczywiście przejezdna. choć nadal miejscami pozalewana. Powoli przedzierając
się przez te bajora wyjechaliśmy z niebezpiecznej strefy i po wielu godzinach
jazdy wróciliśmy do domu. Udało nam się nie utonąć na pustyni. Z Relizan
odesłaliśmy pożyczone pieniądze z podziękowaniami dla naszych wybawicieli.
![]() |
| Odpoczynek w hotelach w drodze powrotnej |
Wyjechaliśmy z Relizana, a przyszłość
była nam nieznana
Po drodze ostre zakręty wprowadzały nas
w odmęty
Woda z nieba szumnie rwała, wszystkie
drogi nam zalała
Lecz Ain Sefre śmy zdobyli, Witka
sprytnie przemycili
I ściągając z siebie ciuchy, wytłukliśmy
karaluchy
Wulkan to był cel następny bardzo szybko
osiągnięty
Panie ściskały kamień zielony, który
miał uwieść w nieznane strony
Witek i Marek dwa młotki wzięli, skały
rąbali tak się zawzięli
Kiedy coś zjemy zapytał Zbyszek, bo
dostaniemy już skrętu kiszek
Piknik pod drzewem już zakładamy,
straszną maszynkę ze sobą mamy
Kawa się na niej szybko gotuje, każdy
z nas smaczny sznycelek żuje
Gdy do odwrotu klakson nas wzywa, wiara
z kamieni szybko się zrywa
Mkną dwa erkatry, lecz nagle stają, bo
oto wielbłądy przed sobą mają
Marek się skrada za nimi chyłkiem, chce
zrobić zdjęcie , lecz one tyłkiem
Piotrek tak pędził, że w jednej chwili,
do miasta Bechar żeśmy dobili
Spanie w hotelu nic ciekawego, ale
śniadanie mnóstwo dobrego
Masła i dżemu i kawy z mlekiem, aż dreszcz
rozkoszy wstrząsnął człowiekiem
Ruszamy wkrótce w pustyni objęcia, by
zrobić w końcu Tagitu zdjęcia
Wydma zachęca, lecz moi mili, zjeżdżając
na dół w wodę trafilim
Nogawki w górę, Magda na przedzie, całą
gromadę za sobą wiedzie
Dzielni kierowcy ostro startują, potoki
wody się rozpryskują
Hajda na wydmy ryczy gromada, lecz wnet
pokotem na piasek pada
Wydma straszliwa do nieba sięga, kto ją
zdobędzie w Ginesa księgach
Na kontrakt do Relizan przyjechałem już pod koniec jego realizacji. Prace dobiegały kresu i wkrótce trzeba było wracać do Polski. Ani ja ani Bożena nie mieliśmy na to ochoty. I wtedy dyrektor z firmy Polservice z Algieru zaproponował mi pracę na kontrakcie w Tamesguidzie, gdzie jugosłowiańska firma Hydroelektra (ta samo co w Relizane) prowadziła budowę tunelu pod górami Atlasu Telskiego. Znałem to miejsce z czasów, gdy kilka lat wcześniej pracowałem w Medei, przy projektowaniu dróg, o czym pisałem w poprzednim odcinku.
Żal mi było
rozstawać się z piękną Algierią, więc zgodziłem się i podpisałem nowy kontrakt.
Otrzymałem stanowisko inspektora do spraw geodezyjnych. Miałem nadzorować budowę
12,5 km tunelu wodnego przeznaczonego do przerzucenia rzeki Chiffy pod górami
Atlasu Telskiego do doliny prowadzącej do olbrzymiego zbiornika wodnego Bourumi.
W tym sztucznym zbiorniku ciągle brakowało wody, którą Chiffa odprowadzała do
morza.
O tym jak budowałem ten tunel i moich
przygodach napiszę w kolejnym odcinku.





































Ze wzruszeniem i radością odnajduję w Twoich opisach Zbyszku nasze algierskie przygody. To był piękny czas naszych wspólnych beztroskich i nieco szalonych wypraw, naszej przyjaźni, która trwa do dzisiaj.
OdpowiedzUsuńMieliśmy w sobie podobną ciekawość i niestraszne nam były trudy podróży. Dzieliliśmy zachwyt tym pięknym krajem, serdecznością ludzi. Do dziś mam kamyk zielony znad wulkanicznego jeziora, pamietam, jak spiewałyśmy z Bożenką "...wsiąść do pociągu byle jakiego... ściskając w ręce kamyk zielony...". I ciagle mamy słoiczki z piaskiem Sahary, tym ciemnopomarańczowym drobniutkim piaskiem . Odżyły wspomnienia, dzięki Zbyszku.
Dziękuję Ci Grażyno za tak miły komentarz, to były dla nas naprawdę piękne i szczęśliwe dni.
UsuńTeraz, kiedy już zostałem sam, opisuję nasze wspólne podróże, przygody i przeżycia, przeżywam je od nowa i to dodaje mi wiele energii do dalszego życia, mimo szybko upływających lat.
Zbyszek.