Początki mojego życia
Do napisania swoich wspomnień zdopingował mnie fakt znalezienia po śmierci mojego Ojca, jego niezwykle ciekawego pamiętnika. To historia opisana od chwili urodzenia w 1911 roku w Kijowie, poprzez okres rewolucji październikowej w Rosji, powrót do wyzwolonej Polski, okres nauki i okupacji niemieckiej. Pisze również o bardzo ciekawej pracy zawodowej po wojnie w Polsce i na kontrakcie w Korei Północnej po zakończonej tam wojnie w 1954 roku. Jako inż geodeta i kierownik całego polskiego zespołu, napisał bardzo ciekawy pamiętnik z podróży koleją trans syberyjską, ciekawych przeżyć, życia tamtejszej ludności, historii związanej z wojną i kulturą.
Zbiegiem okoliczności jest fakt, że mój Dziadek Jan Stępień, urodzony w 1882 roku kończył studia geodezyjne, jeszcze za czasów zaborów Polski w 1904 roku, na uczelni w Rosji Carskiej w Petersburgu. W tym samym czasie, na tej samej uczelni studiował późniejszy profesor Politechniki Warszawskiej Jan Piotrowski u którego po wielu latach zdawał egzaminy mój Ojciec. Kiedy rozpocząłem studia na tej samej uczelni, geodezję podstawową wykładał, już staruszek prof. Jan Piotrowski, u którego i ja zdawałem swój pierwszy egzamin.
To trzy pokolenia, które związały się z jednym zawodem jakim jest geodezja. Dziadek, mój Ojciec Andrzej Stępień i ja studiowaliśmy w jakże różnych okresach życia, pod względem społecznym, politycznym, geograficznym i rozwoju techniki. Dlatego uważam, że warto spisać i moje wspomnienia z mojego ciekawego życia i pracy zawodowej w tym zawodzie, jako kontynuacja pamiętnika mojego Ojca.
szkoła podstawowa
Pierwszy okres mojego dzieciństwa spędziłem u mojego wspaniałego Dziadka w Kielcach, gdzie po powrocie do wolnej Polski z Rosji w 1924 roku wybudował dom i otrzymał tam pracę w Urzędzie Ziemskim, jako mierniczy przysięgły.
Wrócił z dwoma synami Andrzejem, moim przyszłym Ojcem, i Staszkiem, przyszłym pilotem, który zginął w czasie II wojny światowej, będąc w 300- setnym dywizjonie bombowym RAF-u w Anglii, zestrzelony nad Belgią. Jego żona, a moja Babcia zmarła na tyfus w czasie rewolucji październikowej.
rok 1917 w Polsce rok 1926 rok 1942
Moi Rodzice w terenie rok 1950 Mój Ojciec w kancelarii w terenie
Moją naukę rozpocząłem w szkole podstawowej w Kielcach Królowej Jadwigi w 1947 roku, prowadzonej przez zakonnice Nazaretanki. Wychowywany byłem przez mojego bardzo mądrego i surowego Dziadka, oraz nadzwyczaj uczciwego człowieka, w ostrym rygorze, co przydało mi przezwisko w klasie "laluś".
Dopiero od 4 klasy moi rodzice zabrali mnie do zburzonej Warszawy, gdzie pracowali i otrzymali mieszkanie, do tej chwili pamiętam morze ruin w których bawiłem się z kolegami.
Cały okres mojej nauki w szkole podstawowej po powrocie do Warszawy, był bardzo zróżnicowany. Moi rodzice od wczesnej wiosny do jesieni pracowali w terenie. Ojciec opracowywał sieć triangulacyjną na obszarze całej Polski, zniszczoną po wojnie, a niezbędną dla wszelkich pomiarów geodezyjnych. Mama była jego sekretarką.
Było nas już trzech braci, ja najstarszy, Jasiek dwa lata młodszy i Paweł siedem lat młodszy. Zabierali nas ze sobą w teren w różnych częściach Polski. Ojciec wyszukiwał kwatery na wsiach w najciekawszych okolicach i tam po feriach zapisywał nas do szkoły. Takie zmiany miały dobre i złe skutki. Dobre bo poznawaliśmy piękno naszego kraju, polską prawdziwą wieś i życie na wsi, w tamtych czasach może prymitywne, ale prawdziwe. Do obecnej chwili mam duży sentyment do wsi.
Złym skutkiem były braki w nauce spowodowane różnym poziomem w różnych częściach kraju. Odczułem to dopiero w liceum, kiedy trafiłem do prestiżowego liceum w tamtych czasach w Warszawie, to jest Liceum im. Tadeusza Reytana, na bardzo wysokim poziomie z przedwojennymi profesorami, oraz wielkimi tradycjami, o stuletniej historii. Mimo dużej propagandy komunistycznej, szkoła ta opierała się tej propagandzie, a duży nacisk kładła na wpajaniu w nas dobrych i uczciwych wartości życia. Szkołę tą skończyło wielu znanych i mądrych ludzi, takich jak obecny prof. Andrzej Zoll, Stefan Friedmann, Andrzej Rosiewicz, Ludwik Dorn, Jerzy Zelnik i wielu innych znanych pisarzy, polityków i naukowców. Mieliśmy też religię prowadzoną przez bardzo mądrego Jezuitę ojca Harytańskiego, późniejszego rektora Akademii Katolickiej w Warszawie, z którym jeszcze wiele razy miałem kontakt w późniejszych latach swojego życia
Nauka w Liceum Reytana szła mi z dużymi oporami, brak zdolności nadrabiałem dużą pracą i ambicją. Na maturze z matematyki mój profesor zapytał mnie, gdzie dalej będę się uczył, kiedy odpowiedziałem, że będę zdawał egzamin na Politechnikę, Wydział Geodezji i Kartografii, powiedział: " Stępień czyś ty zwariował, nie dasz sobie rady" Tymczasem mimo wielu trudności, zdałem egzamin wstępny i po 5 latach otrzymałem dyplom mgr.inż geodety.
Byłem słabym uczniem, a poziom nauki jak wcześniej pisałem był bardzo wysoki. Chcąc zaimponować, mieć uznanie i poważanie wśród kolegów, nie tak jak w podstawówce, zająłem się sportem. Zapisałem się do sekcji młodzieżowej w Pałacu Kultury, gdzie w tym czasie były znakomite warunki do uprawiania sportu. Wybrałem gimnastykę przyrządową, jedną z trudniejszych dyscyplin sportowych, ale świetnie rozwijającą i ciało i umysł. Mieliśmy dwóch wspaniałych trenerów, którzy byli jednocześnie naszymi dobrymi wychowawcami. Zajęcia w Pałacu Kultury były dobrze dotowane przez państwo i mieliśmy znakomite warunki do uprawiania sportu. Świetnie wyposażone sale treningowe, nowoczesny basen, dożywianie, stroje gimnastyczne a w lecie obozy treningowe i znakomici koledzy. W krótkim czasie okazało się, że jestem bardzo sprawny fizycznie i zostałem zakwalifikowany na mistrzostwa Polski juniorów do Sopotu, które odbyły się w nowoczesnej sali Akademii Wychowania Fizycznego. Zdobywałem tam jedne z czołowych miejsc na poszczególnych przyrządach.
Było dla mnie ogromnym przeżyciem, kiedy na otwarcie mistrzostw, w białych długich spodniach gimnastycznych i koszulce z emblematem Pałacu Kultury maszerowaliśmy w takt muzyki z filmu "Most na Rzece Kwai" pomyślałem wówczas o swoich kolegach, którzy nie raz się ze mnie śmiali.
Wreszcie mogłem czymś zaimponować kolegom, zwłaszcza, że mieliśmy bardzo surowego prof. od gimnastyki, który zawsze mnie wybierał, do zaprezentowania, każdego nowego ćwiczenia.
Od tego czasu zmieniło się całkowicie nastawienie do mnie uczniów, a i w nauce zrobiłem duże postępy. Kiedy po latach spotkałem się z moim dobrym przyjacielem z klasy, obecnie prof. Andrzejem Zollem z U.J. myślał, że zostałem trenerem sportowym.
Przekonałem się, że zdolności bardzo pomagają, ale podstawą zdobycia sukcesu jest przede wszystkim pracowitość, determinacja, motywacja i wiara w swoją wartość. Te przymioty sprawiają, że spełnienie marzeń jest na wyciągnięcie ręki i można osiągnąć naprawdę bardzo wiele. Czego moja historia jest na to żywym dowodem.





Komentarze
Prześlij komentarz