Studia na Politechnice Warszawskiej
Rok 1959 - Warszawa, początek studiów
Zanim zacznę opisywać ciekawy okres moich studiów na wydziale Geodezji i Kartografii, muszę jeszcze wrócić do 10 klasy liceum, aby opowiedzieć, jaki był wpływ na wybór mojego zawodu geodety.
Pod koniec roku szkolnego nasz wychowawca klasy organizował dla uczniów obóz rowerowy w Karkonoszach. Problem był w tym, że nie miałem jeszcze roweru, a było to moje marzenie. W tamtych czasach (1957 r.) kupno roweru było wielkim problemem.
Tymczasem przywieziono tylko 10 rowerów, na szczęście byłem ósmy w kolejce i zdobyłem ten piękny wymarzony rower sportowy o nazwie "Sport". Muszę przyznać, że byłem wówczas bardziej szczęśliwy, niż w momencie, gdy po latach kupiłem pierwszy samochód.
Za kilka dni zaczynały się wakacje i nasz wyjazd na obóz.
Ponieważ potrzebne mi były do tego pięknego roweru takie atrybuty jak bidon i zapasowe dętki, pojechałem rowerem aby je kupić w tym samym sklepie sportowym. Rower postawiłem na chwilę przed sklepem, kiedy wyszedłem, roweru już tam nie było. Moja rozpacz była ogromna, jeszcze wówczas nie zdawałem sobie sprawy, że można tak zwyczajnie ukraść komuś czyjąś własność. Załamany i zrozpaczony wróciłem autobusem do domu. Rodzice jak mogli tak mnie pocieszali. Ojciec nawet zaproponował, że pożyczy używany rower od swojego kolegi, abym mógł pojechać na ten obóz. Ja, mając wyrzuty sumienia, że tak lekkomyślnie straciłem ten piękny, nowy i sportowy rower, który dużo kosztował, gdy moim Rodzicom się nie przelewało, zrezygnowałem z wyjazdu na ten obóz i postanowiłem sam zarobić na nowy rower.
Zaproponowałem Ojcu, że może mnie zatrudnić w czasie wakacji w jednym ze swoich zespołów geodezyjnych, pracujących w terenie, jako pomiarowego.
Oczywiście moja propozycja spodobała się Ojcu i zostałem zatrudniony u geodety inż. Kurpaskiego w wywiadzie geodezyjnym, polegającym na wyszukiwaniu miejsc w określonym terenie, na podstawie map topograficznych, gdzie ma być zaprojektowany punkt potrzebny do stworzeni sieci triangulacyjnej.
Miejsce to musiało być tak wybrane, aby były widoczne wokół wcześniej już zaprojektowane punkty.
Była to bardzo ciekawa praca, polegająca na poruszaniu się terenowym samochodem po ustalonym terenie, odszukiwaniu wcześniej założonych punktów i obserwacji widoczności między nimi, na których były wcześniej założone na wysokich masztach wielkie biało-czerwone flagi.
Nie dość, że zarobiłem sporo pieniędzy na zakup nowego roweru, ale właśnie ten zawód najbardziej mi się spodobał i dlatego go wybrałem.
Studia na tej uczelni to również bardzo ciekawy i przyjemny okres mojego życia. Miałem wspaniałych wykładowców, jeszcze wielu przedwojennych, takich jak prof. Jan Piotrowski, o którym wcześniej pisałem, prof. Hausbrant z rachunku wyrównawczego o sławie światowej, prof. Kamela z geodezji wyższej, przyjaciel mojego Ojca i wielu innych. Poziom nauczania był również wysoki, a Politechnika Warszawska była jedną z wiodących wyższych uczelni technicznych w Polsce.
Moje początki na uczelni nie były łatwe. Podstawą geodezji jest matematyka, trygonometria, geometria wykreślna, a do tego wiele przedmiotów z dziedziny astronomii, budownictwa lądowego, elektroniki, melioracji, rolnictwa, topografii, urządzaniu lasów i projektów zagospodarowania przestrzennego miast i wsi oraz górnictwa. To ogromny zakres nauki, oczywiście każdy wybierał swój kierunek w którym się specjalizował, ale wszystkie te przedmioty w ogólnych zakresach należało znać i słuchać wykładów i zaliczać ćwiczenia.
Naszą asystentką z matematyki, była pani adiunkt o nazwisku Glidman, Żydówka, o nadzwyczajnych zdolnościach matematycznych i bardzo surowym podejściu do studentów, którzy jej się okropnie bali. Na początku ćwiczeń, każdemu ze studentów zadawała jedno pytanie z ostatniego wykładu. Jeżeli student nie potrafił odpowiedzieć prawidłowo, wypraszała go z sali i na następnych ćwiczeniach, zadawała pytanie z poprzedniego wykładu i z bieżącego. Po tych tych pytaniach zamykała drzwi do sali na klucz i nikt nie miał prawa już wejść.
Miałem kiedyś z nią śmieszną przygodę, choć byłem słaby z matematyki i bardzo się jej bałem, lubiła mnie, bo chodziłem na wszystkie wykłady i ćwiczenia.
Mieszkała niedaleko mnie na Mokotowie, na uczelnie jeździliśmy tym samym trolejbusem, tylko kiedy widziałem ją z daleka, że stoi na przystanku, czekałem na następny.
Któregoś dnia, a było to zimą, bardzo się spiesząc i wsiadając do trolejbusu, natknąłem się bezpośrednio na swoją asystentkę.
Kiedy wysiadaliśmy na przystanku, poczekała na mnie i podała mi rękę w rękawiczce, a ja zdezorientowany i przyzwyczajony przez rodziców do całowania kobiet w rękę, w pierwszej chwili zawahałem się, czy mam zdjąć rękawiczkę i w tym momencie, kiedy ją zdjąłem, ona opuściła swoją, ale w końcu udało nam się przywitać. Na uczelnie mieliśmy do przejścia jakieś 400 m. Szliśmy razem, zadawała mi liczne pytania, ale ja byłem tak zestresowany, że odpowiadałem półsłówkami, na co ona z takim lekko sarkastycznym uśmiechem z jakim stawiała dwóje, przyjmowała moje odpowiedzi.
Właśnie tego dnia pierwsze ćwiczenia były z matematyki i po sprawdzeniu wiadomości u studentów z wykładu, poprosiła do tablicy właśnie mnie, zadając do rozwiązania dość trudną całkę.
Kiedy zobaczyła, że zapisałem już dwie tablice , a wyniku nie było widać i jestem bardzo zdenerwowany, zlitowała się na de mną i
poprosiła Witka Prószyńskiego, mojego przyjaciela, wybitnie uzdolnionego matematycznie, który w kilku przekształceniach rozwiązał tą całkę, nawet ona nie mogła nadarzyć za jego tokiem rozumowaniem.
Wydział Geodezji i Kartografii to bardzo specyficzny wydział, który znakomicie integrował nas studentów poprzez coroczne obozy naukowe i praktyki w terenie w różnych częściach Polski.
Z przyjemnością wspominam praktykę w Grybowie koło Nowego Sącza, po drugim roku, gdzie wykonywaliśmy różne pomiary. W wolnych chwilach spotykaliśmy się w jedynej znajdującej się tam kawiarence Irys na kawie i winie. Któregoś dnia, kiedy już dobrze zaszumiało nam w głowach po wypiciu kilku butelek wina, koledzy, którzy dobrze znali moje wyczyny gimnastyczne, zaproponowali mi, abym zrobił na środku salto. Rozsunęli stoliki i krzesła, a ja niewiele się zastanawiając z rozbiegu wykonałem je dość nietypowo, bo po półtora obrotu upadłem na czworaka blisko drzwi wyjściowych z kuchni, z której właśnie wychodziła kelnerka z kawą i winem w kieliszkach, co przyczyniło się do wykonania i przez nią salta ponad mną z tacą.
W pierwszej chwili sala zamarła, ale kiedy wstaliśmy z podłogi cali, wybuchnęła gromkim śmiechem. Złożyliśmy się na wynagrodzenie nieszczęśliwej kelnerki, a ja kupiłem jej bukiet kwiatów, przepraszając za incydent.
Jeszcze wiele komicznych zdarzeń przytrafiało mi się w okresie tych studiów, ale chcę opisać najważniejsze wydarzenia, jakie miały wpływ na moje późniejsze życie.
Po trzecim roku studiów otrzymałem urlop dziekański z powodu niezaliczenia dwóch ważnych, ale bardzo trudnych egzaminów z matematyki i geodezji wyższej. Musiałem powtarzać rok. Aby nie marnować czasu, zatrudniłem się u swojego Ojca jako kreślarz. Ojciec jako kierownik grupy kilku zespołów w wywiadzie geodezyjnym, przygotowywał projekt sieci triangulacyjnej na terenie północnej Polski. Jako szef takich grup musiał wynająć kwaterę w pobliżu Kwidzyna, celem założenia biura. Zawsze wybierał kwatery w atrakcyjnych miejscowościach i taką kwaterą była leśniczówka Polno, położona nad malowniczym jeziorem, otoczona pięknymi i gęstymi lasami, gdzie panował idealny spokój i cisza w odległości 20 km na wschód od Kwidzyna. Nie było tam w pobliżu żadnych wsi ani zabudowań.
Byłem dobrym kreślarzem, więc praca bardzo mnie odpowiadała, ale brakowało towarzystwa. W wolnych chwilach kąpałem się w krystalicznie czystym jeziorze i pływałem prymitywną drewnianą krypą z żaglem.
Któregoś dnia, przyjechał na urlop do leśniczówki dziennikarz razem ze swoją żoną z Gdańska. Znali dobrze leśniczego i panią leśniczynę toteż każdego roku spędzali tam swój urlop.
Pan dziennikarz, naczelny redaktor Wieczoru Wybrzeża, Waldemar Slawik, okazał się przemiłym człowiekiem, do którego od razu poczułem dużą sympatię i myślę, że na odwrót. Był on zapalonym wędkarzem i zaproponował mi wypłynięcie tą drewnianą krypą na jezioro, aby łowić ryby. Dla mnie była to całkowita nowość i chętnie się zgodziłem. Pan Waldemar miał do dyspozycji po kilka wędek, które zarzucił po jednej stronie łódki, a mnie dał jedną wędkę i kazał zarzucić po drugiej stronie. Miałem wówczas wiele szczęścia, bo co zarzuciłem wędkę było branie i wyciągałem płotkę, albo okonia. Tymczasem u pana Waldemara nic nie brało, a miał on na tym punkcie wielkie ambicje, toteż zaproponował zamianę stanowisk, ale i to nie pomogło, bo u mnie nadal było branie, a u niego nie. W ten sposób zdobyłem sobie u niego dużą sympatię, choć wrócił z połowu tylko z kilkoma płotkami, a ja miałem pół wiaderka rybek.
Któregoś dnia wybierając się do kąpieli w jeziorze, zobaczyłem
młodziutką bardzo ładną i zgrabną dziewczynę opalającą się w pobliżu pomostu. Aby jej zaimponować z rozbiegu po pomoście, zrobiłem do jeziora podwójne salto w powietrzu. Niestety kiedy wyszedłem z wody już jej tam nie było.
Kiedy wróciłem do leśniczówki, ta dziewczyna stała przed domem, razem z panią leśniczyną, która poprosiła mnie do siebie, przedstawiając córkę pana Waldemara. Abyśmy lepiej się zapoznali, dała nam wiaderko i zaproponowała abyśmy narwali wiśni na kompot. Z radością pobiegliśmy do drzewa i długo zrywaliśmy te wiśnie, śmiejąc się i rozmawiając. I tak poznałem swoją jedyną późniejszą żonę - Bożenę, z którą przeżyłem piękne 55 lat życia.
Bożenka w Polnie
Niestety wakacje się skończyły i trzeba było wracać do Warszawy i na uczelnie, pozostały tylko wspomnienia i tęsknota za piękną Bożenką, latem i wspólnie spędzonym czasem.
Czwarty rok studiów to okres przygotowania się do wykonania pracy dyplomowej. Z moim przyjaciele Edkiem Nowakowiczem otrzymaliśmy w ramach pracy dyplomowej, wykonanie pomiaru dwóch wsi Radzanów i Rogalin, w dawnym województwie kieleckim, niedaleko miasta Białobrzegi.
Do wykonania tych pomiarów, otrzymaliśmy od Wojewódzkiego Biura Geodezji i Urządzeń Rolnych w Kielcach, potrzebny sprzęt geodezyjny, betonowe słupki do stabilizacji poligonów geodezyjnych i pieniądze. Dla formalności zatrudnieni zostaliśmy przez to biuro, jako zwykli pomiarowi.
Te wsie nie miały jeszcze żadnych gospodarczych planów geodezyjnych w skali 1: 2 000 i dla tego biura, była to okazja otrzymania ich za niewielkie pieniądze.
Wynajęliśmy kwaterę u gospodarza we wsi Rogalin i rozpoczęliśmy pomiary wstając wcześnie rano, aby jak najprędzej skończyć tą pracę w terenie i zabrać się za prace kameralne już w domu w Warszawie. Po wykreśleniu szczegółowych map w skali 1 : 2 000 opracowaliśmy na nich plan przestrzennego zagospodarowania tych dwóch wsi, ze szczegółowym opisem.
Egzamin dyplomowy zdaliśmy 30 października 1965 roku otrzymując tytuł mgr. inż. geodety.
W międzyczasie, jeśli chodzi o mnie i Bożenkę, bardzo tęskniąc za sobą, pobraliśmy się w starym ratuszu gdańskim 3 października 1964 roku. Ślub nasz był bardzo skromny. Wesele odbyło się w mieszkaniu rodziców Bożenki z najbliższą rodziną.
Po obiedzie, pozmywaliśmy naczynia i tramwajem pojechaliśmy w naszą podróż poślubną na plaże do Brzeźna, kupując po drodze dużą kiść winogron i byliśmy szczęśliwi.
Nasz ślub kościelny odbył się już w kościele Ojców Jezuitów w Warszawie. Udzielił go nam mój wykładowca religii, jeszcze z Liceum im. Tadeusza Reytana, Ojciec Charytański, o którym wcześniej już pisałem, późniejszy rektor Akademii Katolickiej w Warszawie. Po ślubie spotkaliśmy się również w gronie najbliższej rodziny w mieszkaniu moich rodziców.






Piękna historia...
OdpowiedzUsuń