Wstęp do ciekawej historii mojego życia

           


             Był październik 1940 roku, kiedy przyszedłem na świat w Kielcach, a świat był już w szponach II wojny światowej.    Dzisiaj, kiedy zbliżam się do 80 roku życia zabrałem się za pisanie tego bloga, aby opowiedzieć o moim ciekawym i pełnym przygód życiu z okresu dzieciństwa, młodości, pracy zawodowej i w wieku już mocno dojrzałym, bo życie każdego z nas jest opowieścią, historią,  która wielu ludzi może zaciekawić, zainspirować do spełniania swoich ukrytych marzeń, bo aby coś osiągnąć trzeba marzyć i tylko dzięki tym marzeniom osiągnąłem to o czym właśnie teraz chcę pisać.

           Na początek napiszę trochę o sobie w czasie teraźniejszym, jestem samotnym emerytem, wdowcem, mieszkającym w Krakowie, po śmierci ukochanej żony Bożeny z którą przeżyłem 55 lat pięknego i ciekawego życia, będąc zawsze bardzo aktywnym, zgłosiłem się do klubu seniorów, a w listopadzie 2019 roku zostałem wolontariuszem Szlachetnej Paczki w której działam do dziś, a praca w niej pozwoliła mi ukoić ból po śmierci mojej ukochanej żony, a przede wszystkim poznać i zaprzyjaźnić się ze wspaniałymi  młodymi ludźmi tam pracującymi.
            Aby zainteresować i zachęcić potencjalnych czytelników opiszę jedną z moich ciekawych i niebezpiecznych przygód przygód z kontraktu w Libii, gdzie przyleciałem  8 marca 1979 roku do Trypolisu, było to moje pierwsze spotkanie z Afryką. Następne moje kontrakty  w północnej Afryce to Algieria i Maroko.
          Konsultingowa firma warszawska Wadeco za pośrednictwem Polserwisu otrzymała kontrakt na opracowanie map geodezyjnych wszystkich 49 miast Trypolitanii w celu opracowania  planów zagospodarowania przestrzennego tych miast.                                Ponieważ była to gigantyczna praca do wykonania metodą klasyczną, zdecydowano się na wykonanie tych map metodą fotogrametyczną, czyli na podstawie zdjęć lotniczych.
            Na ten kontrakt wyjechało około 10 zespołów geodezyjnych, w celu przygotowania tych miast do nalotu, to jest zastabilizowanie tak zwanych fotopunktów i nadanie im współrzędnych geodezyjnych.
            Mojemu zespołowi, którego zostałem kierownikiem, przypadła miejscowość Az Zintan, to niewielkie miasto położone na północnym skraju pustyni Sahary na płaskowyżu Dżebel Nefuza.
Ekipa nasza składała się z 5 osób, mieszkaliśmy w wynajętym małym parterowym i prymitywnym domu na skraju tej miejscowości. Do pracy w wyposażeniu mieliśmy dwa samochody terenowego Toyotę Land Cruzera i nowego Fiata Mirafiorę.
Otrzymaliśmy 10 miast do obsługi rozrzuconych na dużym obszarze.
W tym celu zostaliśmy zaopatrzeni w stare zdjęcia lotnicze i stare mapy topograficzne z  zaznaczonymi miejscami, gdzie należy założyć fotopunkty, które  będą widoczne na nowych zdjęciach lotniczych. Fotopunkty to tablice 2,5m na 2,5m z białym krzyżem na czarnym tle,  czasem zakładane były na dachach domów, a na pustyni zakopywaliśmy 1,5 m rury, zalewaliśmy betonem z wystającą śrubą, do której przykręcaliśmy tablicę.

                                         
                                                      


               Po założeniu takiego fotopunktu należało ustalić jego współrzędne geodezyjne za pomocą specjalnych pomiarów.
            4 kwietnia, czyli niecały miesiąc od mojego przyjazdu, przez  kilku dni padał dość intensywny deszcz, przez co nie mogliśmy wyjechać do naszych prac w teren i zdecydowałem pojechać razem z Andrzejem do naszego biura Wadeco w Trypolisie aby pobrać dodatkowe materiały niezbędne do naszej pracy. Chcąc skrócić  naszą drogą (oko 300 km) postanowiliśmy zjechać z płaskowyżu Dżebel starą wybudowaną jeszcze przez Włochów wąską drogą prowadzącą ostro w dół do autostrady. Drogę tą w wielu miejscach przecinały wyschnięte koryta rzek na których nie było mostów, a ponieważ padał deszcz płynęła nimi woda, na początku płytka, ale im niżej zjeżdżaliśmy tej wody było coraz więcej, ale kiedy znaleźliśmy się przed ostatnim korytem z wodą, której był dość dużo, obawiałem się, że możemy nie przejechać i zaproponowałem Andrzejowi aby zawrócić. Jechaliśmy samochodem osobowym mirafiora, którą prowadził Andrzej i zdecydował, że pomału przejedziemy, co prawda wyglądało na to, że jest płytko, ale ten samochód miał niskie podwozie i duży wentylator silnika, który w połowie tej rzeki zarzucił wodę na silnik i zgasł. Nie mogąc go ponownie uruchomić, próbowaliśmy wypchnąć samochód na drugi brzeg, ale bez skutku z powodu dużej ilości kamieni na dnie. Ponieważ ujechaliśmy dopiero 10 km od naszego domu, powiedziałem Andrzejowi aby poszedł po naszą terenową Toyotę i chłopaków. Cały czas padał deszcz i było bardzo zimno, wyjąłem z samochodu stare zdjęcia lotnicze, które miałem w torbie, a były one ściśle tajne i przeszedłem na drugą stronę rzeki co było wielkim błędem, bo po chwili przybór wody był tak gwałtowny, że ten piękny nowy samochód, na moich oczach, woda uniosła w górę, przewróciła do góry kołami i całkiem zakryła. 
             Po kilku godzinach czekania zjawił się Andrzej z terenową toyotą i kolegami. Niestety rzeka, tak mocno wezbrała i rozlała, że nie było możliwością przejechania na drugą stronę nawet terenowym samochodem, ani przejścia pieszo. Znalazłem się w bardzo trudnej sytuacji, przede mną olbrzymi, półpustynny, niezamieszkały obszar, a ja przemarznięty i odcięty rwącą rzeką od kolegów i samochodu.
Dając sobie odpowiednie znaki, z uwagi na szum rwącej rzeki, poszliśmy w górę rzeki, aby znaleźć jej zawężenie. Andrzej przewidując te trudności, załadował do samochodu metalowe drabinki, które służy nam do wchodzenia na dachy domów w celu zakładania fotopunktów i grube sznury do wciągania różnych materiałów. Po przejściu kilku km. znaleźliśmy wąski przesmyk, gdzie koledzy przerzucili mi przywiązaną do długiej liny metalową drabinę, woda kotłowała tam bardzo mocno, ale cóż było robić, założyłem torbę ze zdjęciami na szyję, złapałem mocno za szczebel drabiny, przeżegnałem się i wskoczyłem w te odmęty. Rwąca i mętna woda szarpnęła mną niemiłosiernie, musiałem bardzo mocno się trzymać, aby nie dać się zerwać i roztrzaskać na skałach, a koledzy ciągnęli mnie powoli na drugi brzeg. Kiedy szczęśliwie wylądowałem po drugiej stronie przemarznięty, natychmiast zdjąłem z siebie całe ubranie i pobiegłem szybko do samochodu, gdzie na szczęście Andrzej zabrał mi zapasowe ubranie. i tak szczęśliwie zakończyła się ta moja pierwsza przygoda w Afryce.
          Po południu deszcz nagle przestał padać i kiedy pojechaliśmy w to samo miejsce, po rwącej rzece nie było śladu, a nasza mirafiora leżała do góry kołami, jakieś 500 m dalej, zaklinowana w skałach, bez przedniej szyby, a z wnętrza samochodu było wszystko wypłukane, na szczęście uratowałem zdjęcia lotnicze, które były ściśle tajne. Samochód niestety poszedł do kasacji z powodu zamulenia silnika a w zamian dostaliśmy Renault 12.
                                             
                                                   







          

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Artykuł z Przeglądu Geodezyjnego o historii Marka Beniowskiego

Algieria - historia księżniczki Aureli

Marzenia zaczęły się spełniać, Libia 1