Okres stażu i początki pracy w zawodzie geodety

 

                 W 1965 roku rozpoczęło się nasze dorosłe życie - Bożenki w roli nauczycielki a moje jako świeżo upieczonego mgr. inż. geodety Nie mieliśmy własnego mieszkania, a nie chcieliśmy mieszkać z żadnymi z rodziców. Pojechałem więc z Bożenką do Kielc do mojego kochanego Dziadka, mającego własny dom, w którym mieszkał tylko z gosposią. Oczywiście ucieszył się i przyjął nas z radością dając nam jeden pokój w którym zamieszkaliśmy.

                 Początki naszego wspólnego życia nie były łatwe. W pokoju było jedno żelazne łóżko, zwykły drewniany stół i dwa krzesła. 

                                                                

                                                Kielce, początki naszego wspólnego życia

                 Za pieniądze jakie zarobiłem za prace dyplomową, kupiliśmy dwudrzwiową drewnianą szafę i to było całe nasze wyposażenie. Korzystaliśmy ze wspólnej kuchni, w której niepodzielnie rządziła gosposia, oraz wspólnej małej łazienki. Nie było gazu, a posiłki gotowało się na kuchni opalanej drzewem lub węglem. W pokojach też były piece.

               Byliśmy jednak młodzi i pełni optymizmu. Bożenka dostała pracę w szkole podstawowej, a ja w Powiatowym Biurze Geodezji jako stypendysta z wynagrodzeniem 1300 zł. Patrzyli na mnie z pewnym niedowierzaniem, co on właściwie umie? Jak sam sobie da radę w terenie?                             
 Pracowali tam już wytrawni technicy z dużym doświadczeniem geodezyjnym.

                          

 Kielce Ja z Bożenką i jej Mama powyżej nasza mini kuchenka za szafą

                 Pierwszą pracę jaką otrzymałem od swojego kierownika biura był pomiar i wykonanie planu sytuacyjnego działek rolnych, podłużnych i nieregularnych, mocno pokręconych, u podnóża ruin zamku w Chęcinach. Teren bardzo trudny do pomiaru, ponieważ rozciągał się stromy zboczu  góry zamkowej. Mimo trudności udało mi się szybko uporać z tym zadaniem i wykreśleniem planu. W ten sposób zdobyłem sobie zaufanie u kierownika i pracowników całego biura.

                Pewnego dnia, późnym wieczorem, kiedy leżeliśmy już w łóżku, ktoś zapukał do naszych drzwi, otworzyłem w piżamie i zobaczy przed sobą żołnierza, który wręczył mi wezwanie do odbycia szkolenia w Akademii Wojsk Artyleryjskich i Rakietowych w Toruniu. Po odebraniu wezwania z roztargnienia pocałowałem go w rękę, co wywołało śmiech mojej żony i konsternacje żołnierza. Szkolenie odbywało się zimą i trwało trzy miesiące.Trafiłem do obsługi haubic 122mm, które ciągnęliśmy na poligon specjalnymi ciężarowymi samochodami i po odpowiednim szkoleniu strzelaliśmy z nich  do celów zakrytych. Była to dla nas mężczyzn wielka atrakcja i dobra zabawa. Otrzymałem po tym szkoleniu stopnień podporucznika.

                              Poligon wojskowy w Wicku Morskim rok 1965

                Moje wynagrodzenie na stażu, jak wcześniej pisałem było małe, a potrzeby na początku naszego życia bardzo duże. Można było jednak dorobić na tak zwaną książkę zamówień.

                Pod koniec mojego stażu przyszło zamówieniu na pomiar i wykonanie planu sytuacyjno- wysokościowego (w skali 1: 2 000) w Bielinach, jednej z najdłuższych wsi w woj. kieleckim. Bez wahania podjąłem się tego zadania razem z jednym z kolegów z pracy. Wykonanie takiego pomiaru metodą klasyczną, to bardzo żmudna i czasochłonna praca.

                W tamtych czasach nie było jeszcze dalmierzy, ale na uczelni zapoznaliśmy się z nowoczesnym, jak na tamte czasy instrumentem, to jest tahymetr autoredukcyjny o nazwie Dhalta, którym można było robić pomiary metodą biegunową, bardzo skracając czas pracy w terenie.

W moim biurze nie było jeszcze takiego instrumentu, ale dowiedziałem się, że Wojewódzki Urząd Geodezji ma takie urządzenie i nikt z niego nie korzysta bo to nowość. Udało mi się go wypożyczyć  i razem z kolegą pojechaliśmy w teren. Ostro zabraliśmy się do pracy i w ciągu jednego miesiąca zakończyliśmy pomiar, a w następnym miesiącu skartowaliśmy plany.  

                Za wykonanie tego pomiaru i sporządzenie map sytuacyjno-wysokościowych, otrzymaliśmy wynagrodzenie po 10 000 zł dla każdego, co było dla nas gigantyczną sumą, zwłaszcza w roku 1966.

Mogliśmy wreszcie zakupić do naszego małego gospodarstwa niezbędne sprzęty tak bardzo potrzebne. Była to dla nas bardzo wielka radość i satysfakcja. Poszliśmy też z Bożenką do ekskluzywnego sklepu Moda Polska i porządnie się ubraliśmy. Nigdy w późniejszych latach wszelkie zakupy nie sprawiły nam tyle radości i szczęścia co wówczas.

                W 1967 roku urodził się nasz syn Witosław. Bożenka pojechała wcześniej do Gdańska, aby  urodzić bo tam mieszkali jej rodzice. W dniu urodzin  naszego Witusia przyjechałem zaraz do Gdańska, aby przywitać się z nowo narodzonym synem.

                Rodzice Bożenki zaczęli nas namawiać, abyśmy zamieszkali bliżej nich, bo łatwiej będą mogli nam pomóc. W Kielcach, jak wcześniej pisałem, mieliśmy tylko jeden pokój bez żadnych wygód.Natychmiast udałem się do Wojewódzkiego Biura Geodezji w Gdańsku, gdzie zaproponowano mi pracę w Powiatowym Biurze Geodezji w Pucku, ale mieszkanie we wsi Sławoszyno, niedaleko Karwi w starej agronomówce z dużym ogrodem i budynkiem gospodarczym. Do Pucka miałem 20 km i dobry dojazd PKS-em. Zdecydowaliśmy się od razu, zresztą zawsze z Bożenką podejmowaliśmy decyzje szybko i dobrze na tym wychodziliśmy. Nareszcie mieliśmy samodzielne mieszkanie z ogrodem, blisko morza i ze zdrowym klimatem. Szybko przeprowadziliśmy się do Sławoszyna gdzie my mieszczuchy rozpoczęliśmy nasze nowe, wiejskie życie wśród Kaszubów. Dom był bardzo wygodny z dwoma pokojami, kuchnią, łazienką i centralnym ogrzewaniem. Bożenka przestała pracować, zajęła się całym gospodarstwem, ogrodem i wychowaniem syna. Zaprzyjaźniliśmy się z sąsiadami, którzy bardzo dobrze nas przyjęli. Kaszubi to bardzo uczciwi i solidni ludzie.

                                         


                Codziennie dojeżdżałem do pracy autobusem. Na samochód nie było mnie jeszcze stać, ale wkrótce kupiłem motorower „Komar”, który już bardzo usprawnił moją pracę i transport rodziny.

Z przodu zamontowałem mały wiklinowy fotelik dla Witusia, a z tyłu poduszeczkę na bagażnik dla Bożenki. Byliśmy już zmotoryzowani i mogliśmy jeździć na wycieczki. Najczęściej latem wybieraliśmy się  na plażę do Karwi dokąd było ok 5 km.

                Praca w Powiatowym Biurze Geodezji w Pucku nie różniła się od pracy w Kielcach. Tak samo wykonywałem pomiary związane z geodezyjnymi urządzeniami rolnymi jak podział działek rolnych, pomiary związane z ewidencją gruntów, wznowienia granic rolnych, wytyczania na wsiach działek budowlanych itp.

                Otrzymałem kiedyś zlecenie na podział działki budowlanej Sióstr Zakonnych Zmartwychwstanek we wsi rybackiej Dębki, położonej nad samym morzem. Zachwyciła mnie to miejsce położone wśród bujnych, sosnowych lasów z rzadką zabudową, kryształowym powietrzem i piękną plażą. Dojazd do wsi prowadził polną drogą, wśród bujnych i pachnących łąk. Droga była często nie przejezdna po opadach deszczu z powodu błota. Dlatego nie przyjeżdżali tam turyści i środowisko było nadzwyczaj czyste i naturalne. W tej wsi przed wojną przechodziła granica polsko-niemiecka wzdłuż uroczej rzeczki Piaśnicy wypływającej z jeziora Żarnowieckiego.

                Byłem tak zauroczony tą miejscowością, że namówiłem rodziców Bożenki, którzy często nas odwiedzali w Sławoszynie, abyśmy tam razem pojechali. Obydwoje,  kiedy zobaczyli  Dębki, zachwycili się nimi i zapragnęli mieć tam letni domek.

                Tak się szczęśliwie złożyło, że otrzymałem nowe zlecenie od dyrektora Stacji Hodowli Roślin, na pomiar łąk położonych wokół Dębek. Kiedy powiedziałem mu o pięknie Dębek, okazało się, że część terenów rolnych w tej wsi podlega pod SHR i też myśli o wybudowaniu tam sobie jakiejś daczy.

                Namówiłem ojca Bożenki, jako dziennikarza i naczelnego redaktora Wieczoru Wybrzeża w Gdańsku, do zrobienia wywiadu z dyrektorem Januszem Konarzewskim. Po publikacji wywiadu dyrektor był zachwycony i zaproponował, że wydzierżawi trzy działki. Jedna była dla niego, druga dla mojego teścia a trzecia dla doktora Osękowskiego, którego znał już wcześniej. Wynajął ludzi, którzy za niewielkie pieniądze, postawili na tych działkach trzy niewielkie domki z płyt paździerzowych.

                Od tego czasu wszystkie urlopy rodzice Bożenki spędzali w Dębkach w których się zakochali, wychował się tam też nasz syn i później jego córka, a nasza wnuczka Zuzia.

                                                            

                                                                   

                                 
Domek w Dębkach, u góry wersja pierwsza, na dole po rozbudowie

Wracając do mojej pracy i kariery zawodowej, opiszę jak zdobyłem mój pierwszy wymarzony samochód. Był rok 1970, pewnego pięknego, letniego dnia miałem dyżur w biurze w Pucku. Byłem sam, wszyscy geodeci pojechali w teren. Za oknem patrzyłem na paradujących w letnich strojach wczasowiczów, bo nasze biuro było w pobliżu mola i plaży, a pogoda była wspaniała. Tak siedząc i marząc o kąpieli nie zauważyłem, jak wszedł do biura starszy pan, ubrany na czarno i bardzo grzecznie spytał czy jestem geodetą i wykonuje różne pomiary. Potwierdziłem i zapytałem o co chodzi. Przedstawił się jako ksiądz i proboszcz z Jastrzębiej Góry w której jest tylko mała kapliczka, a otrzymał pieniądze z zagranicy na budowę kościoła i ma już projekt. Ksiądz należał do zakonu Jezuitów. Jak wiadomo w tamtych czasach przedstawiciele państwa ludowego, niezbyt dobrym okiem patrzyli na budowy nowych kościołów. Do realizacji tej budowy potrzebny był szczegółowy plan geodezyjny, ale wykonany nieoficjalnie, ponieważ nie było jeszcze zezwolenia na budowę. Z radością przyjąłem tą propozycję. Zbiegiem okoliczności okazało się ,że mamy z księdzem wspólnego znajomego. Jezuita, ojciec Charytański uczył mnie religii w liceum oraz udzielił nam ślubu z Bożenką w 1964 r. Okazało się, że ojciec Charytański właśnie przebywa u mojego zleceniodawcy na urlopie w Jastrzębiej Górze. Bardzo ucieszył mnie ten fakt, bo to nadzwyczaj mądry i dobry człowiek, który później został rektorem Akademii Katolickiej w Warszawie.

                Aby wykonać nieoficjalnie ten pomiar, wziąłem dwu tygodniowy urlop i pojechałem swoim motorowerem do Jastrzębiej Góry. Z radością przywitaliśmy się z ojcem Charytańskim. Zaprosiłem go do naszego domu w Sławoszynie i na Dębki, razem z kilkoma innymi Jezuitami, którzy też byli tam na urlopach. Mały Wituś, jakby wyczuł, że ojciec Charytański udzielił nam ślubu bo bardzo go polubił i trzymał się cały czas przy nim.

                Sam pomiar był dla mnie łatwy i przyjemny. Otrzymałem dwie osoby do pomocy, a rano zaraz po przyjeździe, częstowano mnie śniadaniem, a w południe obiadem. Szybko uporałem się z pomiarem i wykonałem szczegółowy plan działki.

                W tym czasie Jezuici kupili nowy samochód osobowy „Warszawę” a na podwórku stał stary angielski samochód furgonetka Ford Thames Van do sprzedaży. Ponieważ wartość tego auta pokrywała się z kosztem mojej pracy, zaproponowałem, że zadowolę się tym samochodem. Moi zleceniodawcy natychmiast się zgodzili bo nie musieli szukać kupca. Jak wielkie było zaskoczenie mojej żony, kiedy przyjechałem do domu własnym samochodem.

                                                    



                  Pracując dalej w Powiatowym Biurze Geodezji, miałem wielu kontrahentów na różnego rodzaje pomiary. Między innymi częstym zamawiającym, był kierownik Powiatowego Zarządu Dróg Lokalnych w Pucku, w sprawie wytyczania dróg. Zaproponował mi pracę u siebie obiecując mieszkanie w Pucku. Było to dla nas bardzo ważne bo nasz Wituś dorastał już do szkoły podstawowej, a dojazdy 20 km ze Sławoszyna były by zbyt uciążliwe. Dlatego chętnie się zgodziłem i zamieszkaliśmy w Pucku. W zasadzie przekształciłem się z geodety na drogowca bo zostałem kierownikiem poszczególnych odcinków dróg w powiecie Puckim. Między innymi prowadziłem budowę drogi z Żarnowca do opisanych wcześniej Dębek. Dostaliśmy przyzwoite mieszkanie w pobliżu biura. Witusia najpierw zapisaliśmy do przedszkola, a w roku 1974 poszedł do pierwszej klasy podstawowej.

                Puck był bardzo sympatycznym miastem. Poznaliśmy tam wielu ludzi i dobrze nam się w nim mieszkało, zwłaszcza, że była dobra komunikacja z Gdańskiem i rodzicami Bożenki. Natomiast praca jako drogowca, bardzo mnie się przydała w przyszłości na kontraktach zagranicznych, gdzie pracowałem przy projektowaniu i wytyczaniu dróg w Algierii w górach Atlasu Telskiego.

                Któregoś dnia zabraliśmy się z żoną za tapetowanie pokoju i nagle niespodziewanie spadła z sufitu lampa. Na drugi dzień dowiedzieliśmy się, że zmarł w wieku 94 lat mój ukochany Dziadek.

                To była przełomowa chwila w naszym życiu. Otrzymaliśmy w spadku dom i z powrotem wróciliśmy do Kielc z Witusiem, zaczynając w 1975 nowy etap naszego życia.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Artykuł z Przeglądu Geodezyjnego o historii Marka Beniowskiego

Algieria - historia księżniczki Aureli

Marzenia zaczęły się spełniać, Libia 1