Algieria - projektowanie i wytyczanie dróg w Górach Atlasu Telskiego

 

Algieria 1985 - 1989       

 

Po powrocie z Libii (zimą 1982) w Polsce spędziłem tylko 3 lata. Chęć przeżycia nowych przygód i wrażeń pozostała i pchała mnie do kolejnego wyjazdu. Gdy dostałem propozycję pracy w Algierii, natychmiast z niej skorzystałem.

      Biuro Eksportu Geodezji i Kartografii „Geokart” zawarło kontrakt na zaprojektowanie dróg w górach Atlasu Telskiego.

       Lecąc do Algieru, jesienią 1985 roku nie przypuszczałem, że spędzę tam łącznie 8 lat, i że będą to najpiękniejsze lata w moim życiu.

       Już moje pierwsze zetknięcie z tym wspaniałym krajem, zrobiło na mnie duże wrażenie. Widok miasta zaskoczył mnie, bo w niczym nie przypominało orientalnego Trypolisu z Libii. Algier ma bardzo europejski, śródziemnomorski charakter. Jest położony tarasowato na wzgórzach zwróconych w stronę morza. W centrum metropolii jest nowoczesne budownictwo. Nad miastem zaś dominuje gigantyczny pomnik Chwały i Męczeństwa (1982) poświęcony walce o niepodległość Algierii. Autorem projektu jest polski rzeźbiarz Marian Konieczny.

 Z lotniska koledzy zabrali mnie do siedziby biura Geokartu w Zeraldzie. Jechaliśmy szerokimi bulwarami wzdłuż brzegu morskiego, a miasto wznosiło się nad nami lśniąc bielą swojej imponującej zabudowy.

        Zeralda to niewielka miejscowość wypoczynkowa, położona nad samym Morzem Śródziemnym z pięknymi hotelami wybudowanymi jeszcze przez Francuzów. Mijaliśmy ulice obsadzone palmami, piękne plaże i mariny dla jachtów. W jednej z willi mieściło się biuro dyrekcji GEOKART w Algierii.

       Po zameldowaniu się i zapoznaniu z pracami do wykonania, pojechaliśmy do naszej kwatery położonej w górach Atlasu Telskiego do miejscowości o ładnej nazwie Medea.

      Miasteczko znajduje się na północy, ale droga, która przez nie prowadzi, biegnie dalej 3000 km na południe Algierii w głąb Sahary do miasta Tamanraset położonego w górach Hoggar nazwana Trasą Transaharyjską. Auto pięło się cały czas w górę, a ja podziwiałem piękne krajobrazy gór porośniętych lasami piniowymi. Jechaliśmy wśród pionowych skał i przepaści przez wydrążone tunele i mosty pod którymi wiła się rzeka Chiffa, płynąc w głębokim wąwozie. Po przejechaniu około 80 km wjechaliśmy do Medei, świętego miasta muzułmanów. Ta m znajdowała się nasza kwatera.

       Zamieszkaliśmy w eleganckiej willi, blisko centrum miasta. Nasz zespół składał się z 6 osób: 2 geodetów i 4 projektantów drogowych ze Szczecińskiego Biura Projektów. Później dojechał do nas jeszcze geolog z kierowcą i jeden pomiarowy.

       

                                                    

                                           Góry Atlasu Telskiego- tyczenie dróg

         Pracę rozpoczęliśmy od wywiadu w terenie. Nie było to łatwe, bo góry Atlasu choć nie wysokie są gęsto porośnięte lasami. Mieliśmy do dyspozycji stare mapy topograficzne i wskazane miejscowości, między którymi trzeba było zaprojektować nową drogę. Dostaliśmy porządny samochód terenowy Toyotę Land Cruiser. Poruszaliśmy się po wąskich, górskich ścieżkach dla osłów, często błądząc po bezdrożach. W tych latach nie było jeszcze GPS-ów. Łożonego w

     Zdarzyło się kiedyś, że nasza Toyota ugrzęzła aż po osie w miękkim gruncie. Była zima, obficie padało. Teren był odkryty i słabo zamieszkały. Obok auta znajdował się murek ułożony z kamieni, więc zaczęliśmy go rozbierać i układać pod odkopanymi kołami, ale niewiele to pomogło, bo zaraz znowu samochód wpadał w błoto aż po osie i ani rusz do przodu, czy do tyłu. Nagle zjawił się jakiś Algierczyk i zaoferował pomoc.  Poszedł do pobliskiej wioski i przyprowadził traktor. Zaczepiliśmy długą linę i na sygnał włączyłem w Toyocie napęd na przednie i tylne koła, ale ujechaliśmy tylko kilka metrów i zakopaliśmy się znowu po osie razem z traktorem. Po chwili przyszli inni ludzie z wioski i przyprowadzili jeszcze jeden traktor. Wspólnymi siłami wyrwaliśmy naszą Toyotę z grzęzawiska. Byliśmy wycieńczeni, umorusani w błocie, ale szczęśliwi, że wyrwaliśmy się z pułapki.

        Ludzie z wioski okazali się dla nas bardzo serdeczni. Nie tylko pomogli nam z autem, ale też zaprosili do swoich domów, dali nam się obmyć z błota i poczęstowali obiadem, a byli to biedni wieśniacy. Następnego dnia wróciliśmy do tej wioski z drobnymi prezentami w podzięce za ich pomoc.

         Trzeba przyznać, że zawsze spotykaliśmy się z życzliwością ludzi mieszkających w trudnych i niedostępnych terenach, gdzie jedynym środkiem komunikacji były pracowite osiołki.

Wielokrotnie doświadczyliśmy życzliwości tych ludzi. Kiedy znajdowaliśmy się w odludnych terenach często znikąd pojawiali się fellachowie i częstowali nas z napojami, owocami, albo kuskusem.

       

                                                               Nasza terenowa Toyota

  Po ustaleniu przebiegu trasy drogi przez drogowców, zabierałem się do wykonania pomiarów, polegających na wykonaniu profilów podłużnych, poprzecznych i sytuacyjno- wysokościowych w charakterystycznych miejscach terenu. Praca ta, z uwagi na górzysty teren, była dość trudna, ale i ciekawa. Miałem doskonały sprzęt geodezyjny, weszły już do użycia dalmierze elektroniczne „Sokisha”, które bardzo przyspieszały prace pomiarowe. Poza tym pracowałem w pięknych górach Atlasu Telskiego, porośniętego gęstymi lasami sosen piniowych, których zapach, wręcz odurzał, a powietrze było kryształowo czyste.

       Wcześnie rano ładowaliśmy sprzęt do samochodu i wyruszaliśmy w drogę. W pochmurne dni zdarzało się, że wjeżdżaliśmy tak wysoko, że byliśmy nad pułapem chmur. Te widoki zawsze mnie uszczęśliwiały i urzekały.

     

                                                               krajobraz Atlasu Telskiego 

Po opracowaniu przez drogowców projektu przebiegu drogi, wykonanego na podstawie moich pomiarów, wracaliśmy ponownie na ten sam obiekt w celu wytyczenia trasy. Wyznaczaliśmy w terenie, za pomocą betonowych słupków, miejsca wierzchołków załamania trasy, początki i końce łuków drogi, jak również co 2 km zakładaliśmy punkty wysokościowe tzw. repery. Do tego sporządzaliśmy szczegółowe opisy topograficzne, aby późniejszy wykonawca drogi mógł łatwo odszukać cały przebieg trasy.

         Do zaprojektowania i wytyczenia w terenie mieliśmy kilka dróg w różnych miejscach regionu wokół miasta Medea. Jedna z tras prowadziła z samej Medei do wioski położonej w dolinie rzeki Chifa. Trasa ta przebiegała w terenie nie zalesionym, ale mocno pofałdowanym, przez łąki i pola orne. Podczas wykonywania pomiaru trasy, natknęliśmy się na katolicki klasztor położony na wysokiej górze, u podnóża wsi Tibarina. Postanowiliśmy odwiedzić monaster. Okazało się, że mieszkali tam francuscy Biali Bracia tzw. Trapiści. Przyjęli nas nadzwyczaj serdecznie, a ponieważ zbliżało się Boże Narodzenie, zaprosili nas do siebie na Wigilię.

        Postanowiliśmy dobrze przygotować się do wizyty. Po pracy przypominaliśmy sobie teksty polskich kolęd i ćwiczyliśmy śpiewanie. Kiedy wieczorem w dniu wigilii jechaliśmy do klasztoru spadł bardzo gęsty śnieg i tylko dzięki terenowej Toyocie z napędem na cztery koła zdołaliśmy tam dotrzeć. Wzięliśmy udział w uroczystej Pasterce, a następnie we wspólnej kolacji.

          Sam klasztor otoczony był pięknie zadbanym parkiem, gdzie wiosną i latem rosło dużo kwiatów i drzew owocowych. Rozciągał się stamtąd piękny widok na porośnięte lasami góry Atlasu Telskiego.  Wspaniały klimat, idealny spokój i nadzwyczaj miła atmosfera tego miejsca przyciągała wielu turystów, głównie francuskich, zaprzyjaźnionych z Białymi Braćmi.

        



            Po latach, kiedy już zakończyłem swoją pracę na kontraktach i byłem w Polsce, dotarła do mnie wstrząsająca wiadomość o zamordowaniu tych 10 zakonników w Tibarynie przez terrorystów islamskich. O tych zdarzeniach Francuzi zrobili dobry film pod tytułem „Ludzie Boga”, który niedawno wyświetlano również w polskich kinach studyjnych

 

        Kiedy z pomiarami drogi dotarliśmy do wsi Tamesguida, trafiliśmy na bazę, w której mieszkali Polacy zatrudnieni, jako inspektorzy nadzoru, przy budowie tunelu o długości 12,5 km, pod górami Atlasu Telskiego w celu przerzucenia rzeki Chiffy do dużego zbiornika wody Bourumi, gdzie firma niemiecka wybudowała zaporę wodną.

        Od tego czasu często się nawzajem odwiedzaliśmy, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, że kiedyś będę tam pracował. W tunelu była stała temperatura 30 stopni i wilgotność prawie 100%  Kiedyś nawet głośno powiedziałem kolegom, że nie chciałbym w tych nadzwyczaj trudnych warunkach pracować.    

            W wolnych chwilach urządzaliśmy sobie wycieczki. Jedna z nich prowadziła daleko na południe przez piaski Sahary do Ghardai.  Ghardaia, podobnie jak Gadami w Libii, to miasto będące dużą oazą na pustyni. Ale jej architektura i położenie są zupełnie inne. Całe miasto usytuowane jest na wzniesieniu w kształcie stożka, uliczki wzdłuż których pną się kolorowe, parterowe domy wyglądające niemal jak klocki okrążają ten stożek, a na jego szczycie stoi meczet z górującym nad nim minaretem. Widok miasta jest urzekający. Mieszkańcy tej miejscowości to plemię Mzabitów, bardzo przychylnie nastawionych do przybyszów.

  


      
Po zwiedzeniu miasta, późnym wieczorem, zmęczeni upałem usiedliśmy na murku przed naszym nowoczesnym hotelem stojącym u podnóża miasta. Na szczycie minaretu zaświeciło się zielone światełko i rozległ się zawodzący głos muezina. Patrzyliśmy i słuchaliśmy zachwyceni widokiem i śpiewem.  Ponieważ było bardzo gorąco, kupiliśmy i ubraliśmy na siebie błękitne galabije, czyli ubrania w jakich chodzą tubylcy. Na głowy włożyliśmy śmieszne, białe czapeczki, jakie tam wszyscy noszą. Byliśmy mocno opaleni i w niczym nie różniliśmy się od mieszkańców miasta. Siedząc tak w milczeniu zauważyliśmy grupę turystów zbliżających się do nas z przewodnikiem. Podszedł on do nas i po francusku zapytał, czy grupa może sobie zrobić z nami zdjęcie. Szybko zorientowaliśmy się, że to grupa polskich turystów, ale jakby nigdy nic odpowiedzieliśmy również po francusku, że się zgadzamy. Był już półmrok. Turyści byli przekonani, że mają do czynienia z tubylcami. Proszę sobie wyobrazić, jakie było ich zdziwienie, kiedy po zrobieniu zdjęć zapytaliśmy ich po polsku „a jak wam się podoba Ghardaia?” Kompletnie zbaranieli. W końcu ktoś wyjąkał pytanie „to wy jesteście Polakami”?

 

                           Gardaja- na murku przed hotelem z przewodnikiem polskiej wycieczki

             Kiedy w zimie przyjechała do mnie żona, wybraliśmy się na daleką wycieczkę do Konstantyny, zwiedzając po drodze ruiny starożytnego, rzymskiego miasta Jamila. Stamtąd przez miasto Setif dotarliśmy do celu, czyli Konstantyny. Przenocowaliśmy w hotelu w centrum miast i rano poszliśmy je zwiedzać. Miasto jest położone po dwóch stronach potężnego kanionu z przerzuconym nad nim, wiszącym mostem, które robi ogromne wrażenie.

 

                                        Konstantyna i most wiszący

             Do Medei wracaliśmy przez Batne, miasto położone na progu Sahary. Przejeżdża się tam przez tzw. wrota pustyni. Są to dwie skały po obu stronach drogi. Jechaliśmy samym skrajem Sahary, pomału zachodziło słońce, niebo robiło się czerwone na tle żółtych piasków ramli. Gdzieniegdzie w niewielkich oazach pokazywały się palmy. Widok był niesamowity, wręcz kiczowaty, ale prawdziwy. Po jakimś czasie zapadła całkowita ciemność, tylko niebo było tak mocno rozgwieżdżone, że wydawało się jak byśmy byli w olbrzymiej zamykającej nas półkuli.

            Niestety czas pobytu mojej żony zbyt szybko minął i trzeba było ostro zabrać się do pracy. Najtrudniejszą drogą do zaprojektowania, była trasa prowadząca na szczyt góry Szreja, wśród gęstych lasów piniowych.  Jest to najwyższe wzniesienie w Atlasie Telskim sięgające 1500 m n.p.m. Znajduje się tam ośrodek sportów zimowych, a z miasta Blida można tam wjechać kolejką linową. Trasa prowadziła wąskimi, górskimi ścieżkami o stromych pionowych ścianach i trzeba było nie lada umiejętności, aby wjechać tam naszą wielką Toyotą. Mimo to czułem się wspaniale. Trudy terenu wynagradzało kryształowe powietrze przesiąknięte zapachem sosen, poranny rześki chłód no i cudowne widoki.

      Pewnego dnia przez cały dzień wykonywałem pomiary na dużych, nie zalesionych terenach, za to mocno pofałdowanych z ostrymi pionowymi skarpami. Było pochmurno, a polne ścieżki, po których poruszaliśmy się samochodem, były śliskie i niebezpieczne do jazdy. Trzeba było poruszać się bardzo powoli i ostrożnie. W pewnym momencie, jadąc po mokrej łące mocno pochylonej w kierunku przepaści, poczułem jak mój terenowy samochód zaczyna bokiem pomału zsuwać się w kierunku przepaści, kazałem wysiąść moim dwóm pomiarowym i mocno pchać samochód w przeciwnym kierunku niż przepaść a sam z napędem na cztery koła, jechałem do przodu, aż dojechałem do bezpiecznego miejsca. Nim zdążyliśmy wrócić do bazy zapadał zmrok, a wraz z nim przyszła tak silna mgła, że w ogóle nie dało się jechać. Miałem ze sobą dwóch pomiarowych, wokoło żadnych zabudowań, teren zupełnie dziewiczy. Widoczność bliska zeru.  zdecydowałem, że przenocujemy w samochodzie. Nie było jeszcze telefonów komórkowych i nie mogliśmy powiadomić o tym swoich kolegów w bazie. Kiedy na drugi dzień rano wróciliśmy do Medei, wszyscy z ulgą odetchnęli. 

      Pod koniec naszych prac i zakończenia kontraktu w Medei zorganizowaliśmy wycieczkę na zachód Algierii do Oranu przez miasta: Chlef, Relizan, Sidi Bela Bez, dawny garnizon Legii Cudzoziemskiej i historyczne miasto Tlemsen.

         Miasto Chlef było właśnie kilka lat po ogromnym trzęsieniu ziemi z r 1980. Poprzednie było w r 1954. Za każdym razem po jego zniszczeniu zmieniano mu nazwę więc w przeszłości było to El AsnamOrléansville (w epoce francuskiej), a także Castelum Tinginitum (w epoce rzymskiej). Miasto wciąż sprawiało przykre wrażenie, wszędzie było masę ruin. Nie przypuszczałem wówczas, że kiedyś tam zamieszkam i przeżyję wiele wspaniałych chwil. Również w kolejnym odwiedzonym wtedy mieście Relizan miałem za kilka lat zamieszkać.

         W Sidi Bela Bez pozostał po Legii Cudzoziemskiej piękny cmentarz i domy publiczne ze sławną ulicą, na której mieszkały i pracowały prostytutki. Jej nazwy już nie pamiętam.

Ulica ta robi bardzo przykre wrażenie. Widać tam biedę, wychudłe i brudne dzieci, smutne szare domy i roznegliżowane kobiety.

       Warto jeszcze opisać jedno z najciekawszych miast Algierii Tlemcen, to jedno z najciekawszych, historycznych  miast Algierii. W czasie panowania Imperium Rzymskiego została tu założona baza wojskowa, oraz miasto o nazwie Pomaria. Później, pod władaniem królów berberskich, miasto zaczęło umacniać swoją rolę, jako przystanek na trasie karawan z Sahary. Jednak złoty wiek Tlemcen to czas, gdy miast stało się stolicą Królestwa Tlemcen. Był wtedy strategicznym punktem, przez które wędrowało złoto z Sahary do Europy. Podczas panowania Imperium Osmańskiego, Tlemcen zaczęło tracić swój status, tak jak pod późniejszą okupacją Francuską. W Tlemcen znajduje się wiele wspaniałych zabytkowych budowli, takich jak Wielki Meczet z 1136 roku i uważany za najpiękniejszy w Algierii, wspaniały również Pałac El Mechouar królów, porównywany z Alhambrą w Hiszpanii, są też pozostałości po Imperium Osmańskim.

      

Pałac Królów w Tlemcen porównywany do Alhambry
   

Natomiast pozytywne wrażenie zrobił na nas Oran. Jest to piękne miasto położone nad samym Morzem Śródziemnym z górującą nad nim twierdzą Santa Cruz, gdzie według legendy przetrzymywany był „hrabia Monte Christo” pierwowzór z powieści Alexandra Dumas. W Oranie Albert Camus umieścił akcję swojej powieści pt. Dżuma. W porcie Oran, w czasie II wojny światowej stacjonowała wojenna flota Francuska. Na ultimatum Anglików aby Francuzi zatopili swoją flotę przed dostaniem się jej w ręce Niemców i na brak przez nich odpowiedzi i reakcji, Flota Brytyjska zatopiła ją.



                                               Santa Cruz na najwyższym wzniesieniu
                                                         Widok na Oran z Santa Cruz

                                                        Miasto Oran i budynek opery

       Kontrakt w Medei pomału się kończył, ale nasz szef dostał propozycję zaprojektowania, a właściwie rektyfikacji, czyli poprawienia przebiegu drogi na samej już pustyni z bazą w Biskrze.

Warunki tam były bardzo ciężkie, było już lato, a temperatury w południe dochodziły do 40 st. C w cieniu, jeśli taki można było znaleźć. Tęskniłem już za żoną, synem, naszym domem, dlatego odrzuciłem tę ofertę i postanowiłem wracać do Polski.

Praca czekała na mnie w mojej starej firmie, czyli spółdzielni geodezyjnej Technoplan.

     

Mój pobyt w Kielcach nie potrwał jednak zbyt długo. Otrzymałem propozycję od swojego brata Jaśka na podjęcie pracy w Szwecji w jego firmie remontowo-budowlanej. Chętnie skorzystałem z tego zaproszenia, bo nigdy wcześniej w Szwecji nie byłem. Był rok 1989, czyli czas kryzysu i wielkich przemian w Polsce. Solidarność negocjowała z władzą przy okrągłym stole, ale nie było wiadomo co z tego wyniknie, dlatego wiosną pojechałem do Sztokholmu.

 

          Szwecja zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Zaskoczyła mnie czystość, bogactwo, ogromne supermarkety (w Polsce jeszcze ich nie było) i piękna natura. Sam Sztokholm położony jest na wyspach, wśród skałach, lasów na granicy morza i jezior.

        Jasiek mieszkał w Szwecji od wielu lat i miał ugruntowaną pozycję świetnego fachowca stolarza, potrafiącego również wykonywać prace remontowe. Jego firma otrzymywała wiele zleceń zarówno od osób prywatnych jak i firm. Do łatwych i drobnych prac zatrudniał głównie Polaków. 

        Dołączyłem do grupy dwóch Polaków, którzy remontowali niewielki drewniany domek w Sztokholmie. Płace w stosunku do zarobków w Polsce były kilkakrotnie wyższe i w ciągu trzech miesięcy zarobiłem prawie cztery tysiące dolarów, co na tamte czasy było niewyobrażalną sumą.

        Ponieważ do Szwecji przyjechałem własnym autem „maluchem” mogłem załadować go rzeczami tak kupionymi jak i pochodzącymi z odzysku.  Szwedzi wyrzucali wielu użytecznych artykułów w Polsce wciąż niedostępnych.

       Kiedy przyszło do zapakowania tego wszystkiego do mojego malucha, byłem ciężko przerażony jak to się zmieści. Na szczęście miałem jeszcze bagażnik na dachu i jakoś udało mnie się cały ten towar upchnąć i dojechać do promu.

      W porcie w Gdyni czekała na mnie moja żona. Ledwo zmieściła się na przednim siedzeniu. Radości było wiele. Kiedy wyładowaliśmy wszystkie bagaże nikt nie mógł uwierzyć, że to wszystko zmieściło się w takim małym samochodzie.

          Do Kielc wróciliśmy z połową przywiezionego towaru, reszta została u rodziców Bożeny w Gdańsku. Po kilku dniach kupiłem nowego Fiata 125 i wróciliśmy do Gdańska po resztę bagażu.

          Na moje miejsce w Sztokholmie przyjechał mój syn Witek. Właśnie ukończył III rok studiów, odbył praktyki, wziął urlop dziekański i w czerwcu, kilka dni po pierwszych wolnych wyborach, dołączył do mnie w Sztokholmie. Pracował tam do października. Za zarobione na budowie pieniądze poleciał do Londynu, gdzie kontynuował naukę języka. W przyszłości zaowocowało to możliwością otrzymania dobrej pracy. 

         W Kielcach wróciłem znów do pracy w swojej Spółdzielni Geodezyjnej „Technoplan”. Jednak tylko na chwilę, bo już jesienią dostałem nową propozycję z firmy „Polserwice” na wyjazd do Algierii. Oczywiście przyjąłem ją, bo byłem zauroczony tym pięknym krajem.

       Polscy specjaliści prowadzili tam nadzór przy budowie systemu irygacji, czyli nawadniania urodzajnych, olbrzymich terenów, zwanych parimetrami.

        Tereny te w czasach dominacji francuskiej, były świetnie zagospodarowane i stanowiły spichlerz Francji. Znajdowały się tam farmy bogatych Francuzów. Niestety po uzyskaniu niepodległości i wyjeździe Francuzów, Algierczycy z nienawiści i braku kwalifikacji zniszczyli cały system irygacyjny. Olbrzymie, urodzajne pola stały się nieużytkami.

        Tymczasem przyrost naturalny ludności w Algierii był bardzo dynamiczny i zaczęło brakować żywności. Na wniosek rządu algierskiego Bank Światowy pomógł w sfinansowaniu budowy nowego systemu irygacyjnego. Najpierw w górach wybudowano zapory wodne i olbrzymie zbiorniki na wodę. Następnym zadaniem było rozprowadzenie nagromadzonej wody na ogromne obszary upraw rolnych, do pomarańczowych sadów i rozległych winnic.

        Przy budowie nowego systemu irygacyjnego pracowały obok firm algierskich, chorwackie, belgijskie, niemieckie oraz również nadzwyczaj pracowici Chińczycy.

       Gdy przyleciałem do Algieru w październiku 1989 roku trafiłem na kończącą się już budowę parimetru w okolicach miasta Relizan, położonego około 250 km na zachód od Algieru.

       Na lotnisku w Algierze przywitał i odebrał mnie szef polskiego kontraktu Krzysztof Grzegorzewicz, doskonały specjalista budownictwa lądowego i wspaniały człowiek, z którym bardzo się zaprzyjaźniłem. Z lotniska pojechaliśmy bezpośrednio do Relizan, gdzie znajdowała się baza z biurem i wolno stojącymi domkami dla specjalistów z nadzoru administracyjnego.

         Po raz pierwszy na kontrakcie zamieszkałem sam w ładnym jednorodzinnym domku z czterema pokojami, dużą urządzoną kuchnią i łazienką. Bezpośrednio z kuchni wychodziło się do niewielkiego ogródka, w którym rosły i kwitły olbrzymie pelargonie. W sąsiedztwie było pięć takich samych domków, w których mieszkali specjaliści polscy i algierscy łącznie z algierskim szefem projektu Benikserem. Obok naszych domów stał pawilon biurowy, gdzie urzędowała administracja.

 









Na drugi dzień rano poznałem pozostałych pracowników polskich i algierskich. Ekipa Polaków z którymi przyszło mi pracować, to wspaniali ludzie, z którymi do dziś się przyjaźnimy i często wspominamy te cudowne, beztroskie i pełne przygód dni.

          Wykonawcą tej części systemu była jugosłowiańska firma Hydroelektra. Dominowali w niej Chorwaci. Ich baza znajdowała się 20 km na północ od Relizan. Jechało się tam wyboistą, polną drogą cały czas pod górę w księżycowym krajobrazie. W paśmie łysych gór znajdowała się potężna zapora i ogromny zbiornik wodny wybudowany wcześniej przez Niemców.

Nazwa miejscowość Sidi Mohamed Benauda pochodzi od muzułmańskiego świętego, którego grób tzw. marabut znajdował się na jednym z gołych wzniesień, górując nad okolicą jaśniejącą bielą kapliczką.

 

 

                                            My z pracownikami administracji algierskiej

 

 

     

U góry Sidi Mohamed Benauda- grób świętego muzułmanina tak zwany Marabut.
Poniżej nasz odpoczynek w terenie półpustynnym gdzie nagle zjawił się jakiś Arab zrobił nam zdjęcie i niespodziewanie zniknął    








 

         Nasza praca polegała na równomiernym rozprowadzeni wody ze zbiornika położonego w górach na uprawne tereny rozciągające się w żyznej dolinie pełnej sadów, winnic i pól ornych.

       Do tego celu zbudowano akwedukty, kanały trapezowe, a w terenach górzystych potężne syfony w celu spowolnienia przepływu wody.  W samej dolinie wodę rozprowadzano tak zwanymi segiami, czyli betonowymi korytami na podporach z odpowiednim spadkiem z których to bezpośrednio wylewano wodę na pola przy pomocy odpowiednich zastawek. 

       Jak już wcześniej wspomniałem na parimetrze w Relizan znalazłem się pod sam koniec prac wykonawczych, zastępując inż. geodetę Bobaka, który z uwagi na stan zdrowia musiał wracać do kraju. Dlatego moje zadania były łatwe i nieskomplikowane. Polegały głównie na kontroli już wykonanych obiektów pod względem usytuowania poziomego i wysokościowego.

        Mieszkając sam w tak ładnym i urządzonym domu, mogłem sprowadzić wreszcie swoją żonę do Algierii.  Nasz syn Witek mieszkał w tym czasie w Londynie, a dom w Kielcach wynajęliśmy rodzinie mojego kolegi z pracy.

        Po dwóch miesiącach od czasu mojego przyjazdu do Relizan dołączyła do mnie Bożenka i zaczęło się nasze wspólne, beztroskie, pełne wycieczek i przygód algierskie życie.    

        W sąsiednim domu mieszkał inż. Piotr Jamka z Krakowa ze swoją żoną i trójką dzieci. Bardzo się z całą rodziną zaprzyjaźniliśmy.

       

                                          Nasi przyjaciele w Relizan                                 


           Żona Piotra, Grażyna z zawodu romanistka, wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, przeczytała książkę napisaną przez francuskiego oficera stacjonującego w garnizonie w mieście Laguat w Algierii. Autor opisał historię francuskiej księżniczki Aurelii, która działa się na przełomie XIX i XX wieku, a zaczęła się we Francji na zamku w Bordeau.

        Tę fascynującą historię opiszę w następnym odcinku bloga. Losy księżniczki zostały też opisane po polsku w albumowym wydaniu pod tytułem „Raj utracony”, ale nie udało mi się jej nigdzie znaleźć.

      

 

 

 

 

 

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Artykuł z Przeglądu Geodezyjnego o historii Marka Beniowskiego

Algieria - historia księżniczki Aureli

Marzenia zaczęły się spełniać, Libia 1