Algieria - projektowanie i wytyczanie dróg w Górach Atlasu Telskiego
Algieria 1985 - 1989
Po powrocie z Libii (zimą
1982) w Polsce spędziłem tylko 3 lata. Chęć przeżycia nowych przygód i wrażeń
pozostała i pchała mnie do kolejnego wyjazdu. Gdy dostałem propozycję pracy w Algierii,
natychmiast z niej skorzystałem.
Biuro Eksportu Geodezji i Kartografii
„Geokart” zawarło kontrakt na zaprojektowanie dróg w górach Atlasu Telskiego.
Lecąc do Algieru, jesienią 1985 roku nie
przypuszczałem, że spędzę tam łącznie 8 lat, i że będą to najpiękniejsze lata w
moim życiu.
Już moje pierwsze zetknięcie z tym wspaniałym
krajem, zrobiło na mnie duże wrażenie. Widok miasta zaskoczył mnie, bo w niczym
nie przypominało orientalnego Trypolisu z Libii. Algier ma bardzo europejski,
śródziemnomorski charakter. Jest położony tarasowato na wzgórzach zwróconych w
stronę morza. W centrum metropolii jest nowoczesne budownictwo. Nad miastem zaś
dominuje gigantyczny pomnik Chwały i Męczeństwa (1982) poświęcony
walce o niepodległość Algierii. Autorem projektu jest polski rzeźbiarz Marian
Konieczny.
Z lotniska koledzy zabrali mnie do siedziby
biura Geokartu w Zeraldzie. Jechaliśmy szerokimi bulwarami wzdłuż brzegu
morskiego, a miasto wznosiło się nad nami lśniąc bielą swojej imponującej
zabudowy.
Zeralda to niewielka miejscowość
wypoczynkowa, położona nad samym Morzem Śródziemnym z pięknymi hotelami
wybudowanymi jeszcze przez Francuzów. Mijaliśmy ulice obsadzone palmami, piękne
plaże i mariny dla jachtów. W jednej z willi mieściło się biuro dyrekcji GEOKART
w Algierii.
Po zameldowaniu się i zapoznaniu z
pracami do wykonania, pojechaliśmy do naszej kwatery położonej w górach Atlasu
Telskiego do miejscowości o ładnej nazwie Medea.
Miasteczko znajduje się na północy, ale droga,
która przez nie prowadzi, biegnie dalej 3000 km na południe Algierii w głąb Sahary
do miasta Tamanraset położonego w górach Hoggar nazwana Trasą Transaharyjską. Auto
pięło się cały czas w górę, a ja podziwiałem piękne krajobrazy gór porośniętych
lasami piniowymi. Jechaliśmy wśród pionowych skał i przepaści przez wydrążone
tunele i mosty pod którymi wiła się rzeka Chiffa, płynąc w głębokim wąwozie. Po
przejechaniu około 80 km wjechaliśmy do Medei, świętego miasta muzułmanów. Ta m
znajdowała się nasza kwatera.
Zamieszkaliśmy w eleganckiej willi,
blisko centrum miasta. Nasz zespół składał się z 6 osób: 2 geodetów i 4
projektantów drogowych ze Szczecińskiego Biura Projektów. Później dojechał do
nas jeszcze geolog z kierowcą i jeden pomiarowy.
Góry Atlasu Telskiego- tyczenie dróg
Pracę rozpoczęliśmy od wywiadu w terenie.
Nie było to łatwe, bo góry Atlasu choć nie wysokie są gęsto porośnięte lasami.
Mieliśmy do dyspozycji stare mapy topograficzne i wskazane miejscowości, między
którymi trzeba było zaprojektować nową drogę. Dostaliśmy porządny samochód terenowy
Toyotę Land Cruiser. Poruszaliśmy się po wąskich, górskich ścieżkach dla osłów,
często błądząc po bezdrożach. W tych latach nie było jeszcze GPS-ów. Łożonego w
Zdarzyło się kiedyś, że nasza Toyota
ugrzęzła aż po osie w miękkim gruncie. Była zima, obficie padało. Teren był odkryty
i słabo zamieszkały. Obok auta znajdował się murek ułożony z kamieni, więc
zaczęliśmy go rozbierać i układać pod odkopanymi kołami, ale niewiele to pomogło,
bo zaraz znowu samochód wpadał w błoto aż po osie i ani rusz do przodu, czy do
tyłu. Nagle zjawił się jakiś Algierczyk i zaoferował pomoc. Poszedł do pobliskiej wioski i przyprowadził
traktor. Zaczepiliśmy długą linę i na sygnał włączyłem w Toyocie napęd na
przednie i tylne koła, ale ujechaliśmy tylko kilka metrów i zakopaliśmy się
znowu po osie razem z traktorem. Po chwili przyszli inni ludzie z wioski i przyprowadzili
jeszcze jeden traktor. Wspólnymi siłami wyrwaliśmy naszą Toyotę z grzęzawiska.
Byliśmy wycieńczeni, umorusani w błocie, ale szczęśliwi, że wyrwaliśmy się z
pułapki.
Ludzie z wioski okazali się dla nas
bardzo serdeczni. Nie tylko pomogli nam z autem, ale też zaprosili do swoich
domów, dali nam się obmyć z błota i poczęstowali obiadem, a byli to biedni
wieśniacy. Następnego dnia wróciliśmy do tej wioski z drobnymi prezentami w
podzięce za ich pomoc.
Trzeba przyznać, że zawsze
spotykaliśmy się z życzliwością ludzi mieszkających w trudnych i niedostępnych
terenach, gdzie jedynym środkiem komunikacji były pracowite osiołki.
Wielokrotnie doświadczyliśmy
życzliwości tych ludzi. Kiedy znajdowaliśmy się w odludnych terenach często znikąd
pojawiali się fellachowie i częstowali nas z napojami, owocami, albo kuskusem.
Nasza terenowa Toyota
Po ustaleniu przebiegu trasy drogi
przez drogowców, zabierałem się do wykonania pomiarów, polegających na
wykonaniu profilów podłużnych, poprzecznych i sytuacyjno- wysokościowych w
charakterystycznych miejscach terenu. Praca ta, z uwagi na górzysty teren, była
dość trudna, ale i ciekawa. Miałem doskonały sprzęt geodezyjny, weszły już do
użycia dalmierze elektroniczne „Sokisha”, które bardzo przyspieszały prace
pomiarowe. Poza tym pracowałem w pięknych górach Atlasu Telskiego, porośniętego
gęstymi lasami sosen piniowych, których zapach, wręcz odurzał, a powietrze było
kryształowo czyste.
Wcześnie rano ładowaliśmy sprzęt do
samochodu i wyruszaliśmy w drogę. W pochmurne dni zdarzało się, że wjeżdżaliśmy
tak wysoko, że byliśmy nad pułapem chmur. Te widoki zawsze mnie uszczęśliwiały
i urzekały.
krajobraz Atlasu Telskiego
Po opracowaniu przez drogowców projektu
przebiegu drogi, wykonanego na podstawie moich pomiarów, wracaliśmy ponownie na
ten sam obiekt w celu wytyczenia trasy. Wyznaczaliśmy w terenie, za pomocą
betonowych słupków, miejsca wierzchołków załamania trasy, początki i końce
łuków drogi, jak również co 2 km zakładaliśmy punkty wysokościowe tzw. repery.
Do tego sporządzaliśmy szczegółowe opisy topograficzne, aby późniejszy
wykonawca drogi mógł łatwo odszukać cały przebieg trasy.
Do zaprojektowania i wytyczenia w terenie
mieliśmy kilka dróg w różnych miejscach regionu wokół miasta Medea. Jedna z
tras prowadziła z samej Medei do wioski położonej w dolinie rzeki Chifa. Trasa
ta przebiegała w terenie nie zalesionym, ale mocno pofałdowanym, przez łąki i
pola orne. Podczas wykonywania pomiaru trasy, natknęliśmy się na katolicki klasztor
położony na wysokiej górze, u podnóża wsi Tibarina. Postanowiliśmy odwiedzić monaster.
Okazało się, że mieszkali tam francuscy Biali Bracia tzw. Trapiści. Przyjęli
nas nadzwyczaj serdecznie, a ponieważ zbliżało się Boże Narodzenie, zaprosili
nas do siebie na Wigilię.
Postanowiliśmy dobrze przygotować się
do wizyty. Po pracy przypominaliśmy sobie teksty polskich kolęd i ćwiczyliśmy
śpiewanie. Kiedy wieczorem w dniu wigilii jechaliśmy do klasztoru spadł bardzo
gęsty śnieg i tylko dzięki terenowej Toyocie z napędem na cztery koła
zdołaliśmy tam dotrzeć. Wzięliśmy udział w uroczystej Pasterce, a następnie we
wspólnej kolacji.
Sam klasztor otoczony był pięknie
zadbanym parkiem, gdzie wiosną i latem rosło dużo kwiatów i drzew owocowych.
Rozciągał się stamtąd piękny widok na porośnięte lasami góry Atlasu
Telskiego. Wspaniały klimat, idealny
spokój i nadzwyczaj miła atmosfera tego miejsca przyciągała wielu turystów,
głównie francuskich, zaprzyjaźnionych z Białymi Braćmi.
Po latach, kiedy już zakończyłem swoją
pracę na kontraktach i byłem w Polsce, dotarła do mnie wstrząsająca wiadomość o
zamordowaniu tych 10 zakonników w Tibarynie przez terrorystów islamskich. O tych
zdarzeniach Francuzi zrobili dobry film pod tytułem „Ludzie Boga”, który
niedawno wyświetlano również w polskich kinach studyjnych
Kiedy z pomiarami drogi dotarliśmy do
wsi Tamesguida, trafiliśmy na bazę, w której mieszkali Polacy zatrudnieni, jako
inspektorzy nadzoru, przy budowie tunelu o długości 12,5 km, pod górami Atlasu
Telskiego w celu przerzucenia rzeki Chiffy do dużego zbiornika wody Bourumi,
gdzie firma niemiecka wybudowała zaporę wodną.
Od tego czasu często się nawzajem odwiedzaliśmy, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, że kiedyś będę tam pracował. W tunelu była stała temperatura 30 stopni i wilgotność prawie 100% Kiedyś nawet głośno powiedziałem kolegom, że nie chciałbym w tych nadzwyczaj trudnych warunkach pracować.
W wolnych chwilach urządzaliśmy sobie wycieczki. Jedna z nich prowadziła daleko na południe przez piaski Sahary do Ghardai. Ghardaia, podobnie jak Gadami w Libii, to miasto będące dużą oazą na pustyni. Ale jej architektura i położenie są zupełnie inne. Całe miasto usytuowane jest na wzniesieniu w kształcie stożka, uliczki wzdłuż których pną się kolorowe, parterowe domy wyglądające niemal jak klocki okrążają ten stożek, a na jego szczycie stoi meczet z górującym nad nim minaretem. Widok miasta jest urzekający. Mieszkańcy tej miejscowości to plemię Mzabitów, bardzo przychylnie nastawionych do przybyszów.
Kiedy w zimie przyjechała do mnie
żona, wybraliśmy się na daleką wycieczkę do Konstantyny, zwiedzając po drodze
ruiny starożytnego, rzymskiego miasta Jamila. Stamtąd przez miasto Setif
dotarliśmy do celu, czyli Konstantyny. Przenocowaliśmy w hotelu w centrum miast
i rano poszliśmy je zwiedzać. Miasto jest położone po dwóch stronach potężnego
kanionu z przerzuconym nad nim, wiszącym mostem, które robi ogromne wrażenie.
Do Medei wracaliśmy przez Batne,
miasto położone na progu Sahary. Przejeżdża się tam przez tzw. wrota pustyni. Są
to dwie skały po obu stronach drogi. Jechaliśmy samym skrajem Sahary, pomału
zachodziło słońce, niebo robiło się czerwone na tle żółtych piasków ramli. Gdzieniegdzie
w niewielkich oazach pokazywały się palmy. Widok był niesamowity, wręcz kiczowaty,
ale prawdziwy. Po jakimś czasie zapadła całkowita ciemność, tylko niebo było
tak mocno rozgwieżdżone, że wydawało się jak byśmy byli w olbrzymiej
zamykającej nas półkuli.
Niestety czas pobytu mojej żony
zbyt szybko minął i trzeba było ostro zabrać się do pracy. Najtrudniejszą drogą
do zaprojektowania, była trasa prowadząca na szczyt góry Szreja, wśród gęstych
lasów piniowych. Jest to najwyższe
wzniesienie w Atlasie Telskim sięgające 1500 m n.p.m. Znajduje się tam ośrodek
sportów zimowych, a z miasta Blida można tam wjechać kolejką linową. Trasa
prowadziła wąskimi, górskimi ścieżkami o stromych pionowych ścianach i trzeba
było nie lada umiejętności, aby wjechać tam naszą wielką Toyotą. Mimo to czułem
się wspaniale. Trudy terenu wynagradzało kryształowe powietrze przesiąknięte
zapachem sosen, poranny rześki chłód no i cudowne widoki.
Pewnego dnia przez cały dzień wykonywałem
pomiary na dużych, nie zalesionych terenach, za to mocno pofałdowanych z ostrymi
pionowymi skarpami. Było pochmurno, a polne ścieżki, po których poruszaliśmy
się samochodem, były śliskie i niebezpieczne do jazdy. Trzeba było poruszać się
bardzo powoli i ostrożnie. W pewnym momencie, jadąc po mokrej łące mocno
pochylonej w kierunku przepaści, poczułem jak mój terenowy samochód zaczyna
bokiem pomału zsuwać się w kierunku przepaści, kazałem wysiąść moim dwóm
pomiarowym i mocno pchać samochód w przeciwnym kierunku niż przepaść a sam z
napędem na cztery koła, jechałem do przodu, aż dojechałem do bezpiecznego
miejsca. Nim zdążyliśmy wrócić do bazy zapadał zmrok, a wraz z nim przyszła tak
silna mgła, że w ogóle nie dało się jechać. Miałem ze sobą dwóch pomiarowych,
wokoło żadnych zabudowań, teren zupełnie dziewiczy. Widoczność bliska zeru. zdecydowałem, że przenocujemy w samochodzie. Nie
było jeszcze telefonów komórkowych i nie mogliśmy powiadomić o tym swoich
kolegów w bazie. Kiedy na drugi dzień rano wróciliśmy do Medei, wszyscy z ulgą
odetchnęli.
Pod koniec naszych prac i zakończenia
kontraktu w Medei zorganizowaliśmy wycieczkę na zachód Algierii do Oranu przez
miasta: Chlef, Relizan, Sidi Bela Bez, dawny garnizon Legii Cudzoziemskiej i
historyczne miasto Tlemsen.
Miasto Chlef było właśnie kilka lat po
ogromnym trzęsieniu ziemi z r 1980. Poprzednie było w r 1954. Za każdym razem
po jego zniszczeniu zmieniano mu nazwę więc w przeszłości było to El Asnam, Orléansville (w epoce
francuskiej), a także Castelum Tinginitum (w epoce rzymskiej).
Miasto wciąż sprawiało przykre wrażenie, wszędzie było masę ruin. Nie
przypuszczałem wówczas, że kiedyś tam zamieszkam i przeżyję wiele wspaniałych
chwil. Również w kolejnym odwiedzonym wtedy mieście Relizan miałem za kilka lat
zamieszkać.
W Sidi Bela Bez pozostał po Legii
Cudzoziemskiej piękny cmentarz i domy publiczne ze sławną ulicą, na której
mieszkały i pracowały prostytutki. Jej nazwy już nie pamiętam.
Ulica ta robi bardzo przykre
wrażenie. Widać tam biedę, wychudłe i brudne dzieci, smutne szare domy i
roznegliżowane kobiety.
Warto jeszcze opisać jedno z
najciekawszych miast Algierii Tlemcen, to jedno z najciekawszych,
historycznych miast Algierii. W czasie
panowania Imperium Rzymskiego została tu założona baza wojskowa, oraz miasto o
nazwie Pomaria. Później, pod władaniem królów berberskich, miasto zaczęło
umacniać swoją rolę, jako przystanek na trasie karawan z Sahary. Jednak złoty
wiek Tlemcen to czas, gdy miast stało się stolicą Królestwa Tlemcen. Był wtedy
strategicznym punktem, przez które wędrowało złoto z Sahary do Europy. Podczas
panowania Imperium Osmańskiego, Tlemcen zaczęło tracić swój status, tak jak pod
późniejszą okupacją Francuską. W Tlemcen znajduje się wiele wspaniałych
zabytkowych budowli, takich jak Wielki Meczet z 1136 roku i uważany za
najpiękniejszy w Algierii, wspaniały również Pałac El Mechouar królów,
porównywany z Alhambrą w Hiszpanii, są też pozostałości po Imperium Osmańskim.
Natomiast pozytywne wrażenie zrobił na
nas Oran. Jest to piękne miasto położone nad samym Morzem Śródziemnym z
górującą nad nim twierdzą Santa Cruz, gdzie według legendy przetrzymywany był
„hrabia Monte Christo” pierwowzór z powieści Alexandra Dumas. W Oranie Albert
Camus umieścił akcję swojej powieści pt. Dżuma. W porcie Oran, w czasie II wojny światowej stacjonowała wojenna flota Francuska. Na ultimatum Anglików aby Francuzi zatopili swoją flotę przed dostaniem się jej w ręce Niemców i na brak przez nich odpowiedzi i reakcji, Flota Brytyjska zatopiła ją.
Widok na Oran z Santa Cruz
Miasto Oran i budynek opery
Kontrakt w Medei pomału się kończył, ale
nasz szef dostał propozycję zaprojektowania, a właściwie rektyfikacji, czyli
poprawienia przebiegu drogi na samej już pustyni z bazą w Biskrze.
Warunki tam były bardzo
ciężkie, było już lato, a temperatury w południe dochodziły do 40 st. C w
cieniu, jeśli taki można było znaleźć. Tęskniłem już za żoną, synem, naszym domem,
dlatego odrzuciłem tę ofertę i postanowiłem wracać do Polski.
Praca czekała na mnie w mojej
starej firmie, czyli spółdzielni geodezyjnej Technoplan.
Mój pobyt w Kielcach nie potrwał
jednak zbyt długo. Otrzymałem propozycję od swojego brata Jaśka na podjęcie pracy
w Szwecji w jego firmie remontowo-budowlanej. Chętnie skorzystałem z tego zaproszenia,
bo nigdy wcześniej w Szwecji nie byłem. Był rok 1989, czyli czas kryzysu i wielkich
przemian w Polsce. Solidarność negocjowała z władzą przy okrągłym stole, ale
nie było wiadomo co z tego wyniknie, dlatego wiosną pojechałem do Sztokholmu.
Szwecja zrobiła na mnie ogromne
wrażenie. Zaskoczyła mnie czystość, bogactwo, ogromne supermarkety (w Polsce
jeszcze ich nie było) i piękna natura. Sam Sztokholm położony jest na wyspach, wśród
skałach, lasów na granicy morza i jezior.
Jasiek mieszkał w Szwecji od wielu lat
i miał ugruntowaną pozycję świetnego fachowca stolarza, potrafiącego również
wykonywać prace remontowe. Jego firma otrzymywała wiele zleceń zarówno od osób
prywatnych jak i firm. Do łatwych i drobnych prac zatrudniał głównie
Polaków.
Dołączyłem do grupy dwóch Polaków,
którzy remontowali niewielki drewniany domek w Sztokholmie. Płace w stosunku do
zarobków w Polsce były kilkakrotnie wyższe i w ciągu trzech miesięcy zarobiłem
prawie cztery tysiące dolarów, co na tamte czasy było niewyobrażalną sumą.
Ponieważ do Szwecji przyjechałem
własnym autem „maluchem” mogłem załadować go rzeczami tak kupionymi jak i pochodzącymi
z odzysku. Szwedzi wyrzucali wielu
użytecznych artykułów w Polsce wciąż niedostępnych.
Kiedy przyszło do zapakowania tego
wszystkiego do mojego malucha, byłem ciężko przerażony jak to się zmieści. Na
szczęście miałem jeszcze bagażnik na dachu i jakoś udało mnie się cały ten
towar upchnąć i dojechać do promu.
W porcie w Gdyni czekała na mnie moja
żona. Ledwo zmieściła się na przednim siedzeniu. Radości było wiele. Kiedy
wyładowaliśmy wszystkie bagaże nikt nie mógł uwierzyć, że to wszystko zmieściło
się w takim małym samochodzie.
Do Kielc wróciliśmy z połową
przywiezionego towaru, reszta została u rodziców Bożeny w Gdańsku. Po kilku
dniach kupiłem nowego Fiata 125 i wróciliśmy do Gdańska po resztę bagażu.
Na moje miejsce w Sztokholmie
przyjechał mój syn Witek. Właśnie ukończył III rok studiów, odbył praktyki,
wziął urlop dziekański i w czerwcu, kilka dni po pierwszych wolnych wyborach,
dołączył do mnie w Sztokholmie. Pracował tam do października. Za zarobione na
budowie pieniądze poleciał do Londynu, gdzie kontynuował naukę języka. W
przyszłości zaowocowało to możliwością otrzymania dobrej pracy.
W Kielcach wróciłem znów do pracy w
swojej Spółdzielni Geodezyjnej „Technoplan”. Jednak tylko na chwilę, bo już
jesienią dostałem nową propozycję z firmy „Polserwice” na wyjazd do Algierii. Oczywiście
przyjąłem ją, bo byłem zauroczony tym pięknym krajem.
Polscy specjaliści prowadzili tam nadzór
przy budowie systemu irygacji, czyli nawadniania urodzajnych, olbrzymich
terenów, zwanych parimetrami.
Tereny te w czasach dominacji francuskiej,
były świetnie zagospodarowane i stanowiły spichlerz Francji. Znajdowały się tam
farmy bogatych Francuzów. Niestety po uzyskaniu niepodległości i wyjeździe
Francuzów, Algierczycy z nienawiści i braku kwalifikacji zniszczyli cały system
irygacyjny. Olbrzymie, urodzajne pola stały się nieużytkami.
Tymczasem przyrost naturalny ludności w
Algierii był bardzo dynamiczny i zaczęło brakować żywności. Na wniosek rządu
algierskiego Bank Światowy pomógł w sfinansowaniu budowy nowego systemu
irygacyjnego. Najpierw w górach wybudowano zapory wodne i olbrzymie zbiorniki na
wodę. Następnym zadaniem było rozprowadzenie nagromadzonej wody na ogromne obszary
upraw rolnych, do pomarańczowych sadów i rozległych winnic.
Przy budowie nowego systemu
irygacyjnego pracowały obok firm algierskich, chorwackie, belgijskie, niemieckie
oraz również nadzwyczaj pracowici Chińczycy.
Gdy przyleciałem do Algieru w
październiku 1989 roku trafiłem na kończącą się już budowę parimetru w
okolicach miasta Relizan, położonego około 250 km na zachód od Algieru.
Na
lotnisku w Algierze przywitał i odebrał mnie szef polskiego kontraktu Krzysztof
Grzegorzewicz, doskonały specjalista budownictwa lądowego i wspaniały człowiek,
z którym bardzo się zaprzyjaźniłem. Z lotniska pojechaliśmy bezpośrednio do
Relizan, gdzie znajdowała się baza z biurem i wolno stojącymi domkami dla
specjalistów z nadzoru administracyjnego.
Po raz pierwszy na kontrakcie
zamieszkałem sam w ładnym jednorodzinnym domku z czterema pokojami, dużą
urządzoną kuchnią i łazienką. Bezpośrednio z kuchni wychodziło się do
niewielkiego ogródka, w którym rosły i kwitły olbrzymie pelargonie. W
sąsiedztwie było pięć takich samych domków, w których mieszkali specjaliści
polscy i algierscy łącznie z algierskim szefem projektu Benikserem. Obok
naszych domów stał pawilon biurowy, gdzie urzędowała administracja.
Na drugi dzień rano poznałem
pozostałych pracowników polskich i algierskich. Ekipa Polaków z którymi
przyszło mi pracować, to wspaniali ludzie, z którymi do dziś się przyjaźnimy i
często wspominamy te cudowne, beztroskie i pełne przygód dni.
Wykonawcą tej części systemu była
jugosłowiańska firma Hydroelektra. Dominowali w niej Chorwaci. Ich baza znajdowała
się 20 km na północ od Relizan. Jechało się tam wyboistą, polną drogą cały czas
pod górę w księżycowym krajobrazie. W paśmie łysych gór znajdowała się potężna
zapora i ogromny zbiornik wodny wybudowany wcześniej przez Niemców.
Nazwa miejscowość Sidi Mohamed
Benauda pochodzi od muzułmańskiego świętego, którego grób tzw. marabut
znajdował się na jednym z gołych wzniesień, górując nad okolicą jaśniejącą
bielą kapliczką.
![]() |
| U góry Sidi Mohamed Benauda- grób świętego muzułmanina tak zwany Marabut. Poniżej nasz odpoczynek w terenie półpustynnym gdzie nagle zjawił się jakiś Arab zrobił nam zdjęcie i niespodziewanie zniknął |
Nasza praca polegała na równomiernym rozprowadzeni wody ze zbiornika położonego w górach na uprawne tereny rozciągające się w żyznej dolinie pełnej sadów, winnic i pól ornych.
Do tego celu zbudowano akwedukty, kanały
trapezowe, a w terenach górzystych potężne syfony w celu spowolnienia przepływu
wody. W samej dolinie wodę rozprowadzano
tak zwanymi segiami, czyli betonowymi korytami na podporach z odpowiednim
spadkiem z których to bezpośrednio wylewano wodę na pola przy pomocy
odpowiednich zastawek.
Jak już wcześniej wspomniałem na
parimetrze w Relizan znalazłem się pod sam koniec prac wykonawczych, zastępując
inż. geodetę Bobaka, który z uwagi na stan zdrowia musiał wracać do kraju.
Dlatego moje zadania były łatwe i nieskomplikowane. Polegały głównie na
kontroli już wykonanych obiektów pod względem usytuowania poziomego i
wysokościowego.
Mieszkając sam w tak ładnym i
urządzonym domu, mogłem sprowadzić wreszcie swoją żonę do Algierii. Nasz syn Witek mieszkał w tym czasie w
Londynie, a dom w Kielcach wynajęliśmy rodzinie mojego kolegi z pracy.
Po dwóch miesiącach od czasu mojego przyjazdu
do Relizan dołączyła do mnie Bożenka i zaczęło się nasze wspólne, beztroskie, pełne
wycieczek i przygód algierskie życie.
W sąsiednim domu mieszkał inż. Piotr
Jamka z Krakowa ze swoją żoną i trójką dzieci. Bardzo się z całą rodziną zaprzyjaźniliśmy.
Nasi przyjaciele w Relizan
Żona Piotra, Grażyna z zawodu romanistka,
wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, przeczytała książkę
napisaną przez francuskiego oficera stacjonującego w garnizonie w mieście
Laguat w Algierii. Autor opisał historię francuskiej księżniczki Aurelii, która
działa się na przełomie XIX i XX wieku, a zaczęła się we Francji na zamku w Bordeau.
Tę fascynującą historię opiszę w
następnym odcinku bloga. Losy księżniczki zostały też opisane po polsku w
albumowym wydaniu pod tytułem „Raj utracony”, ale nie udało mi się jej nigdzie
znaleźć.


















Komentarze
Prześlij komentarz