Algieria - kontrakt Parimetr Chlef

         Algieria nowy kontrakt przy budowie kompleksowego systemu irygacyjnego
 

       Mój kontrakt w Tamezguidzie zakończył się w październiku 1991 roku. Od dłuższego czasu narastało w Algierii napięcie polityczne, ale mieliśmy nadzieję, że nic złego z tego nie wyniknie. Na ulicach był spokój. Warszawska firma Geokart zaproponowała mi przejście na nowy kontrakt w miejscowości Chlef, gdzie właśnie podpisała umowę na nadzór przy budowie ogromnego systemu irygacyjnego o nazwie Parimetr Chlef. System zbiorników i kanałów obejmował swoi zasięgiem obszar ponad 20 000 hektarów. Zafascynowany Algierią i ciekawą pracą podpisałem kontrakt na 4 lata. Rozpoczął się kolejny rozdział mojej przygody z Algierią, pracą zawodową i nowymi przyjaźniami.

         Miasto Chlef położone w odległości 70 km od morza i 200 km na Zachód od Algieru jest narażone na częste trzęsienia ziemi. Najmocniejsze kataklizmy nawiedziły go w latach 1954 i 1980. Były tragiczne w skutkach. Prawie trzy czwarte miasta zostało zniszczone i zginęło mnóstwo ludzi. Zachował się taki zwyczaj, że po każdym trzęsieniu ziemi zmieniano nazwę miasta, dlatego nazywało się ono kolejno Oreansvill, El Asnam, a obecnie po arabsku Asz-Szalif, a po francusku Chlef, od nazwy rzeki przepływającej przez miasto.

         Jednym z warunków podjęcia nowej pracy, było posiadanie własnego samochodu, a ja go nie miałem. Dlatego wróciliśmy z Bożeną do Polski, aby załatwić wszelkie formalności i zakupić jakieś auto, którym pojadę do Algierii.

Nasz syn Witek mieszkał wtedy w Krakowie ze swoją sympatią i przyszłą żoną Anią, studentką medycyny. Przyjechaliśmy do nich. Tak się złożyło, że Witek gościł u siebie kolegę z Niemiec, Carstena. Carsten miał kolegę, Turka który chciał sprzedać swojego mercedesa. Uznaliśmy, że to okazja i pojedziemy do Berlina razem.  Bożena została w Krakowie, a my ruszyliśmy w drogę Ani Wartburgiem. Miasto przywitał nas zimną listopadową pogodą. Po noclegu na Prenzlauerbergu w lodowatym mieszkaniu Carstena wyruszyliśmy do miasta poszukać używanego auta. Okazało się, że mercedes kolegi Carstena nie jest wcale w takim idealnym stanie, wymagał wymiany amortyzatorów, co mogło potrwać kilka dni, a ja nie mogłem czekać, ponieważ miałem już wykupiony bilet na prom z Marsylii do Algieru.

      Carsten, znający doskonale Berlin, zaprowadził nas na największy plac, gdzie był duży wybór używanych aut. Byłem zupełnie zdezorientowany widząc tak dużą ilość samochodów zachodnich marek, gdzie u nas w Polsce duży fiat i polonez były szczytem marzeń. Bardzo spodobał mi się dwudrzwiowy BMW o niedużym przebiegu i w doskonałym stanie za rozsądną cenę około 6000 marek, ale niestety nie miał obowiązującego przeglądu technicznego tak zwanego TIFu, bez którego, nie mógł być zarejestrowany. Po obejrzeniu wielu samochodów zdecydowałem się na Volkswagen Passata kombi z ważnym przeglądem i jak nam się wydawało, nie fachowcom, w dobrym stanie za niską cenę.

       Zarejestrowaliśmy go w urzędzie w Berlina Zachodnim, wykupiliśmy tablice rejestracyjne i wróciliśmy do domu Karstena. Na drugi dzień po śniadaniu, wyruszyłem w powrotną drogę do Krakowa. Witek z Anią zostali jeszcze w Berlinie.

          Samochód był wygodny i prowadziło go się wspaniale. Lubię jeździć więc rozkoszowałem się prowadzeniem po wygodnej autostradzie, ciesząc się na myśl jakie wrażenie zrobi ten elegancki i duży samochód na Bożenie czekającej na mnie w Krakowie.

        Niestety szczęście nie trwało zbyt długo, bo kiedy zbliżałem się do granicy z Polską, usłyszałem nagły zgrzyt w silniku, samochód zwolnił i ledwo się toczył. Zjechałem na pierwszym zjeździe z autostrady i natknąłem się zaraz na warsztat. Mechanik otworzył maskę popatrzył na silnik i złapał się za głowę. Silnik był zatarty, bo nie było oleju w misce olejowej. Powiedział, że nic już nie może z nim zrobić. Niech pan próbuje pomału wrócić do Berlina, poradził. Co było robić, zmartwiony tą awarią dolałem oleju do silnika i ruszyłem z powrotem wjeżdżając na autostradę, niestety po przejechaniu około 10 km silnik całkowicie odmówił posłuszeństwa. Stanąłem na poboczu włączając światła awaryjne.

         Byłem zdruzgotany tą sytuacją, ale postanowiłem działać. Zacząłem zatrzymywać przejeżdżające samochody, aby mnie zaciągnęły do najbliższego miasta. Niestety przez około dwie godziny nikt się nie zatrzymał. Wreszcie nadjechał samochód z polską rejestracją, machnąłem ręką i na moje szczęście zjechał na pobocze. Ponieważ miałem niemieckie numery rejestracyjne, myślał, że to Niemiec. Nie wypadało mu już odmówić pomocy, zgodził się wziąć mnie na hol i zaciągnąć do najbliższego miasteczka. Znajdował się tam plac ze starymi samochodami na którym zostawiłem nieszczęsnego „passata” i poszedłem na stacje kolejową. Na rozkładzie zobaczyłem, że za godzinę będzie pospieszny pociąg do Berlina. Za ostatnie marki kupiłem bilet. Pociąg przyjechał punktualnie i w ciągu niecałych dwóch godzin znalazłem się w Berlinie. Wysiadłem na stacji Alexanderplaz, ponieważ pamiętałem, że przez ten plac przejeżdżaliśmy samochodem, dwupasmową ulicą, jadąc do miasta od Karstena, nigdzie nie skręcając i przejeżdżając tunelem. Niestety nie miałem adresu zamieszkania Karstena. 

        Było już zupełnie ciemno, aby zorientować się w którą ulicę mam wejść musiałem poszukać tunelu pod placem. Kiedy wreszcie udało mi się znaleźć tę ulicę, ruszyłem dziarskim krokiem przed siebie, pamiętając jak wygląda okolica domu Karstena. Przeszedłem około pięciu kilometrów. Niestety domu Karstena nigdzie nie było. Wtedy zorientowałem się, że poszedłem w przeciwną stronę. Byłem już bardzo zmęczony, miałem do krwi obtarte pięty od nowych butów, które wcześniej kupiłem w Berlinie. Policzyłem, ile jeszcze zostało mi pieniędzy i zdecydowałem zatrzymać taksówkę. Pojechałem nią w przeciwną stronę pilnie obserwując okolice. W końcu odetchnąłem z ulgą poznając dom, w którym mieszkał Karsten. Na szczęście starczyło pieniędzy na opłacenie taksówki. Wszedłem na drugie piętro, gdzie mieszkał Karsten. Nikt jednak nie otwierał. Przypomniałem sobie, że Witek z Anią i Carstenem mieli tego dnia wybrać się do teatru. Była już godzina około 22:00 więc nic innego mi nie pozostało jak cierpliwie czekać. Dzień było bardzo zimny, padał śnieg z deszczem, a ja byłem mocno przemarznięty i zmęczony. Obok domu otwarty był jeszcze bar piwny i za resztę marek jakie mi pozostały kupiłem duży kufel grzanego piwa.

         Jakie było zdziwienie Witka Ani i Karstena, kiedy zobaczyli mnie na ulicy bez samochodu. Opowiedziałem im całą swoją przygodę, szczęście, że byli w Berlinie. Na drugi dzień z Carstenem i Witkiem, pojechaliśmy Wartburgiem do miejscowości, gdzie pozostawiłem nieszczęsne auto i zaholowaliśmy go z powrotem do Berlina na plac, gdzie został kupiony. Sprzedawca nie robił problemów. Przyjął ten samochód z powrotem i pozwolił nam wybrać inne auto. Był piątek po południu i niestety nie było już możliwości zarejestrowania samochodu w niemieckim urzędzie. Do poniedziałku nie chciało mi się już czekać i z Witkiem i Anią wróciłem do Krakowa.

         Dwa dni później razem z moją żoną wsiedliśmy do nocnego pociągu do Berlina i w poniedziałek rano razem z Karstenem udaliśmy się na ten sam plac, aby wybrać inny samochód. Wybór tym razem był udany, kupiliśmy za te same pieniądze Opla Asconę w bardzo dobrym stanie. Auto było świetne i bez problemu wróciliśmy nim do Krakowa. Tam się przepakowaliśmy i wyruszyliśmy w podróż do Algieru.


Nasz wspaniały Opel Ascona


Była to nasza pierwsza tak daleka wyprawa samochodem przez Europę. Przejechaliśmy Czechy, Niemcy, Włochy, Francje aż do Marsylii. Jechało nam się wspaniale, dziennie robiliśmy około 700 km i do Marsylii dotarliśmy w trzy dni.

Marsylia zawsze kojarzyła mi się ze słynną powieścią Aleksandra Duma „Hrabia Monte Christo” toteż z dużą ciekawością wjeżdżałem do tego miasta. Na początku trzeba było znaleźć jakiś niedrogi hotel w pobliżu portu. To udało nam się dość szybko. Zatrzymaliśmy się na niewielkiej uliczce, blisko centrum miasta i starego portu.  Po załatwieniu formalności w recepcji, otrzymaliśmy klucz do windy, do której trzeba było wjechać samochodem i zjechać nią na dół do garażu.

        Po rozpakowaniu się i krótkim odpoczynku, wyruszyliśmy na zwiedzanie tego pięknego i starego miasta. Musieliśmy dotrzeć do biura promowego, gdzie czekały na nas bilety na prom do Algieru. Dzięki planowi miasta szybko znaleźliśmy to biuro i odebraliśmy bilety.  Ponieważ byliśmy już dość zmęczeni podróżą i zwiedzaniem miasta, wróciliśmy do hotelu i poszliśmy spać. Na drugi dzień rano rześcy i wypoczęci podjechaliśmy do portu, aby załadować się na prom, który odpływał około godz. 11 rano. Tam spotkaliśmy się z Andrzejem Michałowskim, inżynierem budownictwa wodnego z którym później współpracowałem i zaprzyjaźniłem się.

      Kiedy już zaokrętowaliśmy na prom o nazwie „Tipaza” zaproszono nas na obiad i był to nasz ostatni spokojny posiłek. Wypłynęliśmy na otwarte morze i zaczął się prawdziwy horror. Był koniec listopada, zaczął wzmagać się wiatr więc promem coraz mocniej bujał. „Tipaza” była starym już mocno sfatygowanym algierskim statkiem. Wszystko w nim skrzypiało, a nam robiło się coraz bardziej niedobrze. Andrzej zaproponował abyśmy poszli do reprezentacyjnego salonu i zamówili dobry koniak, który według niego jest dobrym sposobem na chorobę morską. Niestety koniak nie pomógł, przechyły statku były tak silne, że trudno było utrzymać się na nogach, a większość pasażerów niestety chorowała. Zapach był nie do zniesienia, chociaż załoga wężami zmywała podłogi.  Wyszliśmy na pokład, ale fale przelewały się górą i świeże powietrze również nam nie pomogło. W końcu zeszliśmy do naszej kajuty, która była bez okien. Położyliśmy się na łóżkach zrywając się co chwila do toalety. I tak męczyliśmy się przez 30 godzin. Bożena powiedziała, że nie byłaby w stanie wstać nawet gdyby prom tonął. Wreszcie dopłynęliśmy szczęśliwie do portu w Algierze bladzi, głodni i wymęczeni, ale szczęśliwi, że ten koszmar się skończył.

           Algier przywitał nas piękną, słoneczną pogodą i po odprawie paszportowej z Andrzejem Michałowskim pojechaliśmy z Andrzejem Michałowskim do Tamesguidy. Miałem tam wciąż dużo swoich rzeczy, choć kontrakt już wygasł. Na drugi dzień, po przenocowaniu wyruszyliśmy do miasta Chlef, gdzie mieliśmy rozpocząć prace na nowym kontrakcie.

          Czekał tam na nas przedstawiciel „Geokatu” dyrektor regionalny inż. Adam Słomkowski, który przedstawił nas nowemu szefowi Le Chef De Projet Riabiemu. Był to człowiek pokaźnej postury, budzący respekt pewnością siebie.

          Następnym zadaniem było znalezienie zakwaterowania, co nie było takie łatwe z uwagi na ogromne zniszczenia miasta po ostatnim trzęsieniu ziemi. Zgłosiliśmy się do Agencji Nieruchomości, której przedstawiciel jeździł z nami po różnych kwaterach, które nam nie odpowiadały. W końcu w dzielnicy Cite Olimpique, gdzie po trzęsieniu ziemi wybudowano drewniane, parterowe domki fińskie jako dar Finlandii dla Algierii, spodobał nam się jeden z tych domów i zdecydowaliśmy się go wybrać. Była to dzielnica zamieszkała głównie przez lekarzy, nauczycieli, urzędników itp. Dom ogrodzony był wysokim murem z niewielkim podwórkiem co bardzo nas ucieszyło. Wewnątrz znajdowały się cztery pokoje, duża kuchnia z wyjściem na podwórko i obszerna łazienka. Graniczyliśmy tylko z jednym sąsiadem, ponieważ dom usytuowany był na rogu ulicy i niewielkiego placu. Niestety w domu nie było żadnego umeblowania i musieliśmy jakoś sami się urządzić. Na szczęście z poprzednich kontraktów mieliśmy trochę desek, dwa solidne materace służące nam za łóżka, dwa krzesła i stół. Z biura „Geokartu” znajdującego się w miejscowości Zeralda otrzymaliśmy lodówkę.

          

Nasz nowy dom w Chlefie na Cite Olimpique

        Zaraz po wprowadzeniu się i jako takim urządzeniu poszedłem przedstawić się sąsiadowi. Sąsiad okazał się nauczycielem karate, miał jedną żonę Aisze, dwójkę dzieci. Mieszkała razem z nimi jego matka Jamina. Kiedy powiedziałem mu, że jestem Polakiem na kontrakcie i będę jakiś czas tu mieszkał, odpowiedział mi, że sąsiad dla niego to jak brat. Faktycznie przyjęli nas bardzo serdecznie    i zawsze chętnie pomagali nam w różnych sytuacjach życiowych. Ajsza po jakimś czasie nawiązała kontakt z Bożeną w bardzo śmieszny sposób, a mianowicie wchodziła na drabinę przy murze, rzucała kamieniem w dach pokryty blachą, aby wywołać Bożenę z domu i pomimo braku wspólnego języka potrafiły się świetnie dogadać. W ten sposób Bożena zaczęła uczyć się arabskiego, a dzięki tym rozmowom moja żona poznała wiele plotek o ludziach zamieszkujących osiedle.

Bożena w sukni Aiszy przed domem z jej dziećmi 


Na podwórku od frontu rosły piękne czerwone róże i gęste papirusy, natomiast z tyłu od strony kuchni drzewo morelowe, krzew nefli i winogrona.

Bożena podlewa róże przed frontem domu


nasz dom od strony podwórka


Utrzymywaliśmy stale kontakty z naszymi polskimi przyjaciółmi zatrudnianymi na innych kontraktach, często się odwiedzając i organizując przyjęcia.

       

Nasi polscy goście na podwórku przed domem  i Krzysztof Grzegorzewicz wręczający prezent Bożenie

        Na początku naszego pobytu w Chlefie, kiedy wyszedłem z Andrzejem na podwórko biura, aby jechać w teren, podjechał do nas samochodem francuski ksiądz katolicki w wieku około 80 lat i zaprosił na niedzielne nabożeństwa do swojej kaplicy.       

 ekipa specjalistów  przed naszym domem

W administracji budowy całego systemu irygacyjnego zatrudnionych było nas trzech Polaków na stanowiskach – ja jako inspektor nadzoru od spraw geodezyjnych, Andrzej Michałowski od spraw budownictwa wodnego i Józef Matan od spraw melioracyjnych

Projekt budowy całego systemu irygacyjnego był imponujący. Pobór wody zaczynał się od zapory wodnej o nazwie „Barrage De Sidi Yacoub” wybudowanej wcześniej przez Niemców, położonej w górach o nazwie Ouersenis o pojemności 200 000 metrów sześciennych. Stamtąd ouedem, czyli korytem rzeki, woda płynęła aż do drugiej zapory kompensacyjnej o nazwie „Barrage Oued Sly”, którą właśnie zaczęto budować w miejscowości Bou Kadir w chwili naszego przyjazdu i rozpoczęcia naszej pracy. Po obydwu stronach zapory Oued Sly wznosiły się dwa wzgórza na których zaprojektowano olbrzymie zbiorniki wodne o pojemności po 36 000 metrów sześciennych. Przy samej zaporze miała powstać stacja pomp, której zadaniem było napełnianie wodą tych zbiorników, a następnie rozgałęzionym systemem betonowych rurociągów, woda miała być rozprowadzana grawitacyjnie po całym terenie przeznaczonym do nawodnienia.

        Ponieważ obszar do nawodnienia był olbrzymi, zaprojektowano w różnych miejscach cztery dodatkowe zbiorniki ze stacjami pomp. Oprócz tego na rzece Chleff miała powstać nowa zapora również ze stacją pomp. Dodać do tego trzeba wybudowanie całej sieci rowów melioracyjnych, dróg dojazdowych, przepustów, czyli stworzenie całej infrastruktury tego terenu, zwanego Parimetrem Chleff.

        

Szkic projektu Parimetr Chlef


        Generalnym wykonawcą była algierska firma „Cosider” z siedzibą w Algierze, a zleceniodawcą administracja algierska w skrócie A.G.I.D. Kiedy rozpocząłem swoją pracę działała już zarówno algierska grupa geodezyjna z ramienia administracji, jak i zespół specjalistów od budownictwa wodnego. Dla zapoznania się z terenem pojechałem z tą ekipą na objazd poszczególnych obiektów. Początkowo wszyscy byli spięci, nie wiedzieli z kim mają do czynienia i czy czasami czegoś nie doniosę szefowi, dlatego starali się solidnie pracować. Po kilku dniach, kiedy zobaczyli, że nie jestem donosicielem, zaczęli pracować tak jak przed moim przyjazdem. Brali ze sobą trochę jedzenia i po obejrzeniu dwóch trzech obiektów szukali jakiegoś zacisznego miejsca, najchętniej w jakimś sadzie pod drzewami, gdzie rozkładali się i czekali, aż czas pracy minie i będzie można wrócić do biura, a potem do domu. Jednak najczęściej zajeżdżali do jakiegoś gospodarstwa, rozkładali instrumenty geodezyjne i oświadczali gospodarzowi, że na jego terenie zaprojektowany jest jakiś obiekt na przykład droga, rów melioracyjny lub zbiornik wodny, ale jest możliwość przesunięcia tego obiektu. Oczywiście każdy był tym zainteresowany i zapraszał nas na poczęstunek, naturalnie nie do domu, bo to święte miejsce dla muzułmanina, ale wynosił przed dom koc i co miał najlepszego do jedzenia przynosił na tacach. Często zdarzało się, że obdarowywał nas jajami, żywym drobiem, a nawet płodami rolnymi jak karczochy, cebula, marchew itp.

         Kiedy zapoznałem się już ze wszystkimi obiektami zacząłem jeździć w teren sam albo z Andrzejem Michałowskim. Objazd wszystkich budów to około 100 km. trasy, którą wykonywałem przed południem od godz.8:00 do godz. 12:00, potem następowała dwugodzinna przerwa na obiad i relaks, a potem od godz. 14:00 do 17:00 wyjazd na te obiekty, które wymagały mojej kontroli. Bardzo byłem zadowolony ze swojej pracy, miałem dobre układy z wykonawcami, zawsze pomagałem im w trudnych sytuacjach, a i mój algierski szef Riabi, który na początku z pewną rezerwą podchodził do mnie, przekonał się, o mojej fachowości i że solidnie wykonuje swoją pracę. Często spotykaliśmy się na różnych obiektach w terenie, gdzie zasięgał mojej opinii.

         Moja dobra współpraca z wykonawcą zaczęła się od spotkania na podstawowym obiekcie całej inwestycji to jest przy budowie zapory kompensacyjnej w Oued Sly z Mohamedem Banzeradem, młodym geodetą generalnego wykonawcy firmy Cosider, który wytyczał w terenie budowane obiekty. Był w wieku mojego syna. Ujął mnie swoim miłym obejściem, uśmiechem i dużą fachowością. Mohamed nie był Arabem, lecz Kabylem. To pierwotna ludność Algierii ogólnie nazywana Berberami, którzy dzielą się na wiele plemion. Kabylowie to ludność zamieszkała w Górach Kabylii z pięknie położoną w dolinie stolicą Tizi Uzu. Rodzice Mohameda, kiedy był małym chłopcem zginęli w katastrofie kolejowej, a jego wychowaniem zajęli się starsi bracia i siostry. Kabylowie to ludzie przeważnie wykształceni, mający swój własny język i obyczaje. Byłem pełen podziwu dla Mohameda, który sam w tej trudnej sytuacji potrafił skończyć studia na wyższej uczelni geodezyjnej w Arzewiu gdzie otrzymał tytuł inżyniera. Bardzo się z nim zaprzyjaźniłem i często pomagałem w trudniejszych pracach geodezyjnych. Kiedy wróciliśmy do Polski, a w Algierii rozpętał się terroryzm i groziła mu śmierć od terrorystów, na nasze zaproszenie przyleciał do Polski i po 5 latach i dostał polskie obywatelstwo, dobrą pracę w swoim zawodzie jako świetny inżynier, pracuje przy budowie autostrad i jest zakochany w Polsce, zmieniając nazwisko na polskie Marek Beniowski.

        

Mohamed Benzerad, obecnie Marek Beniowski, obok Bożena

        Nasze życie na Cite Olimpiue było bardzo ciekawe, Bożena zajmowała się naszym małym ogródkiem, domem, rozmowami z Aiszą, a nawet raz została zaproszona na babskie spotkanie z sąsiadkami, które lubiły plotkować o ludziach ze swojej dzielnicy.

Na niedzielnych mszach, które z uwagi na naszą małą liczebność odbywały się głównie w mieszkaniu księdza, poznaliśmy nadzwyczaj sympatycznych Bułgarów Konstancję i Jurę. Jura był wykładowcą budownictwa wodnego na wyższej uczelni w Chlefie. Mieszkali w miasteczku akademickim na terenie uczelni. W wolnych chwilach często się odwiedzaliśmy i bardzo zaprzyjaźniliśmy się z nimi. Ta przyjaźń przetrwała aż do dziś. Nadal do siebie pisujemy listy.

         Parimetry, czyli tereny przeznaczone do nawodnienia rozrzucone były wzdłuż pasa nadmorskiego na przestrzeni około 300 km. Wszędzie tam nadzór sprawowali Polacy, toteż w każdy wolny dzień odwiedzaliśmy się lub jeździliśmy na wspólne wycieczki. Takimi pokrewnym duszami, też lubiącymi wycieczki, było małżeństwo Kapturków - Zbyszek i Hanka. Mieszkali niedaleko Chlefu na Kampie w wiosce El Abadia. Głównym wykonawcą na tym parimetrze, byli Chińczycy. Dla kadry inżynierskiej wybudowali oni bardzo ładne i wygodne domy w pełni wyposażone we wszystkie meble łącznie z wyposażeniem kuchni, a na zapleczu domu był niewielki ogródek.

Ponieważ domki w El Abadii nie były jeszcze gotowe, Polacy tam zatrudnieni przez dwa miesiące mieszkali w hotelu Ain Defla. Po wprowadzeniu się już do nowych domów urządzili wielkie przyjęcie, na które byli zaproszeni wszyscy Polacy pracujący na poszczególnych parimetrach.

Trasa prowadząca ze Chlefu do El Abadii była tak urocza, że po drodze zrobiliśmy trochę zdjęć, które pokazuję poniżej.



W drodze do El Abadyi

Krajobraz algierski


Z najciekawszych naszych wycieczek z Kapturkami to wyjazd do miast Biskry i El Ouedu położonych na Saharze. Ja z Bożeną tą trasę już raz przejechałem, ale za każdym razem wycieczka na Saharę była dla mnie wielkim przeżyciem. Niestety nie da się w słowach opisać tego co się tam czuje, to trzeba przeżyć samemu. Te ogromne bezkresne przestrzenie, gorące powietrze, odbicie słońca od zmieniających się olbrzymich ramli, niewielkie wysepki oaz z wodą i palmami dają niesamowite wrażenia. Zdaję sobie sprawę z tego, że dla człowieka zabłąkanego na pustyni, bez nadziei wydostania się i kontaktu z cywilizowanym światem jest to piekło i koszmar, ale ja nie miałem tego problemu.

            

Bożena z różami pustyni na Saharze

       

na Saharze

W restauracji  hotelowej w Biskrze

        


         Z mieszkania na Cite Olimique byliśmy bardzo zadowoleni. Mieliśmy bardzo dobre układy z sąsiadami, czuliśmy się tam całkowicie bezpiecznie. Nasz dom z niewielkim ogródkiem otoczony był murem. Któregoś dnia przyszedł do nas właściciel tego domu, Algierczyk, urzędnik państwowy.  Zachwycił się czystością i porządkiem jakie utrzymywaliśmy. Kilka dni później kupił nam komplet mebli wypoczynkowych, za co byliśmy mu bardzo wdzięczni. Kiedy zaczynało się lato, z biura otrzymaliśmy klimatyzator. Te okolice w lecie były bardzo gorące. W nocy temperatura nie spadała poniżej 30 stopni, a dom w ciągu dnia mocno się nagrzewał. Dlatego też moja żona na lipiec i sierpień wyjeżdżała do Polski.

         Pewnego dnia, kiedy zostałem sam, a były to dwa dni wolne, zaprosiłem do siebie naszych przyjaciół z El Afrun, gdzie pracowali na jednym z największych parimetrów w Algierii, aby zrobić wycieczkę do Relizan i pokazać im już działający tam, bardzo ciekawy system nawadniający.  Przewodnikiem po tym parimetrze miał być inż. Krzysztof Grzegorzewicz, który od początku nadzorował tą budowę i był wówczas naszym polskim szefem, natomiast później rozpoczął pracę na parimetrze w El Afrun. W tym dniu właśnie w nocy dostałem bardzo silnych boleści brzucha. Oczywiście zostałem w domu i nie pojechałem z nimi do Relizan tylko poszedłem do lekarza. Po zrobieniu USG okazało się, że to kamień w nerce. Boleści były okropne i po kilku dniach, mój polski szef Adam Słomkowski zlitował się i udzielił mi urlopu dając bilet do Polski na wyleczenie.

      Nie powiadamiając Bożeny przyleciałem do Warszawy i kiedy zadzwoniłem do domu w Kielcach, ucieszyła się bardzo myśląc, że dzwonię z Algierii i prosząc mnie, abym udał się do polskiej ambasady w Algierze i przysłał pełnomocnictwo na sprzedaż naszego domu.

       Otóż nasza sytuacja w Polsce podczas mojego pobytu w Algierii zupełnie się zmieniła. Nasz syn Witek przeniósł się z uczelni KUL w Lublinie do Krakowa na Uniwersytet Jagielloński, poznał tu swoją przyszłą żonę i ani myślał o zamieszkaniu w Kielcach. Ja z Bożeną mieszkaliśmy w Algierii, gdzie myślałem pracować aż do emerytury. Tymczasem nasz dom w Kielcach ulegał dewastacji przez wynajętych lokatorów. W związku z tym zdecydowaliśmy sprzedać dom i kupić dwa mieszkania w Krakowie, choć robiliśmy to z ciężkim sercem, bo mocno przywiązaliśmy się do rodzinnego domu w Kielcach.

        Mój nieoczekiwany przyjazd do Polski okazał się zbawienny, ponieważ Bożena znalazła w międzyczasie kupca i szybko mogliśmy załatwić wszystkie formalności, a następnie kupić dwa mieszkania w Krakowie dla siebie i dla Witka z Anią. W tym też czasie pozbyłem się nieszczęsnego kamienia z nerki i wszelkie boleści ustąpiły.

       Po trzech tygodniach wróciliśmy do Algierii i tu również nastąpiły zmiany. W Chlefie w dzielnicy Hasanii wybudowano cały kompleks biurowo mieszkalny, gdzie mieliśmy się przeprowadzić. Nasz nowy dom usytuowany był w ciągu parterowych domków szeregowych położonych na skarpie, poniżej której stał nowy budynek biura, składał się on z czterech obszernych pokoi, kuchni z wyjściem do małego ogródka otoczonego wysokim murem i bardzo wygodnej łazienki. Zakupiono nam jednocześnie niezbędne meble, wyposażenie kuchni i łazienki. Mieliśmy rzeczywiście doskonałe warunki do zamieszkania. Sąsiadami naszymi był z jednej strony Józek Matan a z drugiej Andrzej Michałowski z żoną i synem.

           

Goście przed naszym domem


Ponieważ nasz ogródek dookoła ogrodzony był wysokim murem, Bożena czuła się jak w więzieniu, dlatego też wybudowałem podest z desek z którego widać było panoramę Chlefu. Podest ten bardzo nam się przydał do zamontowania anteny satelitarnej i mogliśmy już oglądać polską telewizję. 

          Biuro znajdowało się poniżej naszych domów, gdzie pracę zaczynałem o ósmej rano, zwykle wyjeżdżałem w teren, aby objechać i skontrolować poszczególne budowy w obwodzie około 150 km, trwało to do godz. 12:00 potem przerwa obiadowa do godz. 14:00 i z powrotem w teren do godz. 18:00. Taki charakter pracy bardzo mi odpowiadał. Po drodze często zabierałem ze sobą geodetę Mohameda, z którym się zaprzyjaźniłem. Okazał się bardzo zdolny i pracowity.

        


        W wolne dni w lecie jeździliśmy z przyjaciółmi nad morze na plaże, gdzie zażywaliśmy kąpieli, a w dni chłodniejsze jeździliśmy do Algieru do nowo wybudowanego supermarketu, gdzie w licznych kawiarniach serwowano wspaniałe lody.

       

        Ten czas bardzo często wspominamy, bo były to dla nas najwspanialsze i najszczęśliwsze chwile w życiu. Praca całkowicie bez stresowa i ciekawa, pieniędzy nam nie brakowało, za mieszkanie nic nie płaciliśmy, benzynę do samochodu miałem za darmo, dom urządzony był luksusowo, stosunki w pracy bardzo przyjemne. Mój algierski szef mnie cenił a nawet proponował, że gdy skończy się mój kontrakt z Geokartem zatrudni mnie dalej u siebie. Do tego mieliśmy wielu przyjaciół w okolicy, bo oprócz Polaków, przyjaźniliśmy się z Bułgarami i Rosjanami, którzy również pracowali jako wykładowcy na wyższej uczelni w Chlefie.

        Na miejsce Andrzeja Michałowskiego, który wcześniej zrezygnował z kontraktu, przyjechał inż. rosyjski Jura ze swoją żoną Rajsą. Pochodzili oni z Petersburgu i okazali się bardzo sympatyczni. Z Jurą dobrze mi się współpracowało.

        W tak wspaniałych warunkach mogłem pracować aż do emerytury. Ale niestety w życiu często tak bywa, że szczęście gwałtownie się kończy. Problemem okazała się polityka. W 1993 w Algierii ogłoszono pierwsze wolne wybory do parlamentu. Na scenie politycznej liczyły się dwie partie skorumpowana, rządząca FLN oraz młoda i dynamiczna partia fundamentalistów islamskich FIS.

       Mimo dużych bogactw naturalnych, jak ogromne pokłady ropy naftowej i gazu ziemnego, ludność była biedna. Przy bardzo dużym przyroście demograficznym, brakowało miejsc pracy, mieszkań, młodzież nie miała żadnych perspektyw na przyszłość. Wykorzystała to partia FIS obiecując, że jeśli wygrają wybory życie ulegnie poprawie.

        Algierczycy mając już dość skorumpowanego FLN zagłosowali na FIS. Na to rządzący unieważnili wybory i rozwiązali zwycięską partię. Ci oburzeni na taką sytuację poszli w „podziemie” utworzyli bojówki i rozpoczęli wojnę domową. Tajne oddziały terrorystów zaczęły mordować dziennikarzy, urzędników, policjantów, natomiast dla obcokrajowców ogłoszono ultimatum. Dano nam dwa miesiące na opuszczenie Algierię. My jednak nie ulegliśmy panice i pracowaliśmy jak dawniej. Zresztą terroryści islamscy nie wiedzieć czemu nie ruszali Polaków. Mimo to czuliśmy się nieswojo. Któregoś dnia późno wieczorem widzieliśmy z naszego podestu w ogródku akcje armii algierskiej z terrorystami w pobliskiej miejscowości, gdzie nadleciały dwa helikoptery i otworzyły ogień do znajdujących się tam bojówkarzy.

         Jak zwykle nieszczęścia lubią chodzić parami. Któregoś dnia jadąc samochodem do pracy zauważyłem, że dopiero w ostatniej chwili widzę mijające mnie samochody, co wcześniej się nie zdarzało, a przed oczami przesuwają mi się czarne nitki. Na drugi dzień poszedłem w Chlefie do okulisty, który po obejrzeniu dna oka zawyrokował, że jest to zapalenie nerwu wzrokowego i muszę jak najszybciej zgłosić się do kliniki okulistycznej w Algierze, bo jest to poważna sprawa i mogę stracić wzrok. Wystraszony taką diagnozą zaraz pojechałem z Bożeną do Algieru, gdzie zatrzymaliśmy się u naszych polskich przyjaciół Kożuchów. Z Jackiem Kożuchem razem pracowałem w Tamezguidzie przy budowie tunelu wodnego Chiffa. Z samego rana pojechałem do kliniki okulistycznej, gdzie młoda lekarka najpierw kazała mi czytać litery na tablicy, a potem po obejrzeniu dna oka stwierdziła, że nic mi nie jest. Kłębił się tam ogromny tłum Arabów, a pani doktor spiesząc się niezbyt dokładnie badała pacjentów.

    Trochę zawiedziony tym badaniem wróciliśmy do Kożuchów zastanawiając się co robić dalej. Jacek przypomniał sobie, że był u niego niedawno inż. z Bułgarii, którego żona jest okulistką i pracuje w szpitalu w Gardai. Zaraz zadzwonił do nich i zapytał czy ja z Bożeną możemy tam przyjechać na konsultacje. Oczywiście zgodzili się, toteż zaraz wsiedliśmy w samochód i przez pustynie prawie 700 km pojechaliśmy do Gardai, miasta oazy na Saharze o którym szczegółowo pisałem w poprzednich odcinkach bloga.

          Przywitano nas tam bardzo serdecznie. Lekarze mieszkali na terenie szpitala w jednorodzinnych domkach, specjalnie wybudowanych dla personelu. Pani doktor, młoda, bardzo ładna i miła kobieta, choć była już późna pora, zabrała mnie do szpitala i po obejrzeniu oka wysłała zaraz swojego męża do apteki po zakup odpowiedniego leku w zastrzykach.  Następnie zaaplikowała mi aż trzy zastrzyki pod gałkę oczną i to uratował ostre widzenie w lewym oku. Prawe było tymczasem zdrowe. Powiedziała też, że powinienem jak najszybciej pojechać do Polski i wykonać różne dodatkowe badania.

          Po powrocie do Chlefu i rozmowie ze swoim szefem, kupiłem bilety na prom do Marsylii i pojechaliśmy z Bożeną do Algieru, gdzie zaokrętowaliśmy się na prom. Tym razem morze było bardzo spokojne i przed południem dopłynęliśmy do portu w Marsylii.

         


        Korzystając z wolnego czasu postanowiliśmy pojechać wzdłuż Riwiery Francuskiej i Włoskiej, o pięknie i bogactwie której wiele się słyszało. Jechało nam się wyśmienicie wzdłuż Morza Śródziemnego, podziwialiśmy wspaniałe widoki i piękne i bogate miasta, zatrzymaliśmy się na dłużej w Monte Carlo oglądając bogate wille, tego słynnego miasta. Była już jesień, koniec października i miasto wyglądało na wyludnione.

          Po zachwytach nad urodą i pięknem Monte Carlo wyruszyliśmy w dalszą drogę do Włoch. Riwiera włoska, choć równie piękna i bogata o tej porze roku była zupełnie wymarła, a ponieważ robiło się już ciemno nie sprawiała już na nas takiego wrażenia i tak późnym wieczorem dotarliśmy do nadmorskiej miejscowości Dino Marino, gdzie postanowiliśmy przenocować. Jadąc piękną promenadą rozglądaliśmy się za jakimś hotelem lub pensjonatem, ale wszystko było pozamykane, a ponieważ byliśmy już bardzo głodni zatrzymaliśmy się w pierwszej otwartej restauracji. Zapytaliśmy się Włoszki, która nas obsługiwała o jakieś miejsce noclegu, po długiej rozmowie telefonicznej, dała nam adres do prywatnego domu i po solidnym posiłku udaliśmy się pod wskazany adres. Kiedy wskazano nam zaparkowanie samochodu na innej ulicy pod otwartą wiatą, zrezygnowaliśmy z tego noclegu bojąc się kradzieży. Postanowiliśmy jechać dalej. Po przejechaniu kilkuset metrów, zauważyliśmy otwarty i oświetlony hotel. Na szczęście były tam wolne miejsca, a parking był strzeżony, więc zatrzymaliśmy się tam na noc. Rano po uregulowaniu rachunku za spędzoną noc, właściciel poczęstował nas wspaniałym cappuccino jakiej wcześniej ani później nie piliśmy.

          Następnym etapem naszej podróży była Wenecja. Kiedy wjechaliśmy na lagunę na Piazza le Roma okazało się, że wszystkie miejsca postojowe są już zajęte. Stanęliśmy w miejscu niedozwolonym zastanawiając się co robić dalej i w tym momencie podszedł do nas policjant i zwrócił uwagę, że tu parkować nie wolno. Zapytaliśmy go jego, gdzie w takim razie możemy zaparkować? Powiedział nam, że tu nawet gdyby było miejsce lepiej nie zostawić samochodu na noc, bo jest pełno złodziei. Lepiej wjechać na parking strzeżony i pokazał nam wysoki kilkunastu piętrowy budynek.  Ale aby dojechać do niego musielibyśmy pojechać pod prąd lub wrócić do Mestre na stały ląd......i jeszcze raz wjechać na lagunę. Policjant okazał się jednak bardzo uprzejmy, stanął na drodze, wstrzymał ruch i dał nam znać, aby pojechać pod prąd. W ten sposób wjechaliśmy do strzeżonego piętrowego garażu na ósme piętro.

       

Wenecja plac Św.Marka


        Szczęśliwi, że jesteśmy już w bezpiecznym miejscu poszliśmy poszukać hotelu. W jednej, wąskiej uliczce zobaczyliśmy na dwupiętrowej, niewielkiej kamienicy napis hotel. Weszliśmy do środka, przywitał nas uprzejmie Włoch w średnim wieku. Kiedy zapytaliśmy o możliwość noclegu, on nie prosząc nas o żadne dokumenty wręczył nam klucze do jednego z pokoi łącznie z kluczem wejściowym do Hotelu. Byliśmy tym mocno zaskoczeni, bo był to też jego dom mieszkalny.

       Po rozlokowaniu się od razu poszliśmy zwiedzać Wenecję. Był październik i szybko robiło się ciemno, więc nie mieliśmy zbyt wiele czasu. Ja byłem tu już kilka lat wcześniej z moim synem Witkiem, więc poprowadziłem Bożenę w najciekawsze miejsca.

     

w drodze powrotnej zbliżamy się do Alp

        Następny naszym celem był Wiedeń, dlatego wyruszyliśmy w dalszą drogę wczesnym rankiem. Mieliśmy zamiar zatrzymać się u syna naszych bułgarskich przyjaciół pod Wiedniem. Okazało się jednak, że pod tą nazwą jest zarówno wieś i dzielnica na przedmieściach Wiednia o czym nie wiedzieliśmy. Był już późny wieczór, kiedy wjechaliśmy do niewielkiej miejscowości za miastem w ciemnościach wieś wyglądała jak wymarła. W końcu zobaczyliśmy światła w sklepie i człowieka w środku, zaraz tam weszliśmy zapytać o otrzymany adres. Właściciel sklepu powiedział nam, że nie ma tu takiej ulicy, na szczęście mieliśmy numer telefonu do syna naszych przyjaciół, poprosiliśmy o możliwość zadzwonienia. Po numerze telefonu sklepikarz stwierdził, że jest to dzielnica Wiednia pod tą samą nazwą. Zadzwoniliśmy zaraz na ten telefon i umówiliśmy się przy głównej trasie na stacji benzynowej, gdzie pan sklepikarz dokładnie nam wytłumaczył i zaznaczył na mapie jak mamy dojechać. W ten sposób dotarliśmy do rodziny naszych bułgarskich przyjaciół, gdzie przyjęli nas bardzo serdecznie i przenocowali.

            Następnego dnia wyruszyliśmy w dalszą podróż do Krakowa i późnym wieczorem znaleźliśmy się w domu. Dzieci nasze bardzo się ucieszyły, a kiedy dowiedzieli się, że przyjechałem z uwagi na problemy z oczami, Ania już następnego dnia zabrała mnie ze sobą do szpitala, w którym pracowała. Diagnoza niestety nie była zbyt pomyślna, ponieważ zapalenie nerwu wzrokowego jest nieuleczalne.

          Po dwóch tygodniach pobytu w szpitalu, który niewiele mi pomógł, załadowaliśmy samochód i ruszyliśmy w powrotną drogę do Algierii. Był to początek grudnia. W Czechach, gdzie zatrzymaliśmy na pierwszy postój i nocleg, był mróz i leżał już śnieg. Do Marsylii dojechaliśmy bez problemów i po spędzeniu nocy w hotelu rano wjechaliśmy na prom do Algieru. Tym razem morze było zupełnie spokojne, a kabinę mieliśmy wspólną z rodziną arabską. Dziwili się oni tylko, że my wracamy do Algierii, kiedy wszyscy z niej uciekają, ponieważ coraz bardziej nasila się islamistyczny terroryzm. Nie wierzyliśmy, że jest aż tak niebezpiecznie.

           Kiedy dopływaliśmy do portu w Algierze, aż serce nam rosło, bo na tle błękitnego nieba rozciągała się panorama białego miasta usytuowanego na kilku wzgórzach, które kontrastowało z granatowym kolorem morza. Był to olbrzymi kontrast z zamarzniętą i szarą Europą, a skąpanym w słońcu i ciepłym wybrzeże Algieru. Byliśmy szczęśliwi, że wracamy do swojego drugiego domu.

         Po wyjechaniu na stały ląd i odprawie celnej i paszportowej radośni ruszyliśmy do naszego domu w Chlefie i zupełnie nie zdawaliśmy sobie sprawy jak już bardzo niebezpiecznie zrobiło się w Algierii od czasu, gdy wyjechaliśmy do Polski.

         Zaraz po wjeździe na teren naszego zakwaterowania wybiegła zdenerwowana Raisa, mówiąc, że trzeba jak najszybciej uciekać z tego kraju, bo jest coraz więcej ofiar śmiertelnych, zarówno wśród Algierczyków jak i obcokrajowców. Dowiedzieliśmy się, że większość obcokrajowców już opuściła Algierię. Wyjechali też nasi zaprzyjaźnieni Bułgarzy.

          Na naszym campie w Chlefie zostaliśmy już tylko my, Józek Matan i Rosjanie. Bardzo nas zasmuciła ta wiadomość, ale cóż było robić, życie jest najważniejsze. Przez te kilka lat obrośliśmy w wiele sprzętów domowych, ubrań itp. Trzeba było jakoś się tego wszystkiego pozbyć i zdobyć pieniądze na powrotną drogę do kraju. Część rzeczy za darmo oddaliśmy naszym dawnym sąsiadom z Cite Olimpique z czego się bardzo ucieszyli, bo nie byli zbyt bogaci. Pozostałe rzeczy postanowiłem sprzedać. Otóż miałem znajomego mechanika w wiosce Bouka Der, który kiedyś pytał się mnie, czy mam do sprzedania telewizor (w Algierii telewizory były drogie i marnej jakości) zaraz też pojechałem do niego, choć każdy wyjazd poza nasz camp wiązał się z niebezpieczeństwem natknięcia się na terrorystów. Jeszcze tego samego dnia po południu przyjechał do nas i chętnie zakupił cały nasz dobytek łącznie z telewizorem i anteną satelitarną, ale za dinary no i jak dla niego na bardzo korzystnych warunkach. Mogliśmy już kupić bilet na prom do Marsylii, ale resztę dinarów trzeba było wymienić na walutę wymienialną, najłatwiej na franki. Niedaleko naszego zamieszkania był sklep z glazurą. Znałem właściciela tego sklepu, był młodym człowiekiem i miał szerokie znajomości w Chlefie. Zaofiarował się wymienić nasze dinary na franki. Zaraz też pojechałem z nim do centrum miasta, gdzie ja zostałem w kawiarni, a on wziął moje wszystkie pieniądze, aby udać się do znajomego posiadającego franki i chętnego do wymiany dla siebie na bardzo dobrych warunkach, ale dużo gorszych dla mnie. Nie było innego wyjścia, ponieważ wymiana dinarów na obce waluty w Algierii była nielegalna. Siedząc w kawiarni cały czas byłem narażony na wtargnięcie terrorystów zdelegalizowanej partii FIS. Na szczęście po pól godzinie właściciel sklepu wrócił z wymienionymi frankami. Mogliśmy zacząć się pakować.

      Następnym etapem było dojechanie ze Chlefu do portu w Algierze, ponieważ zdarzało się, że „fisowcy” w przebraniu policjantów zatrzymywali z bronią samochody obcokrajowców, kazali wysiadać, zabierali kluczyki i odjeżdżali. Zmieniliśmy numery rejestracyjne na żółte (obcokrajowcy posiadali w kolorze czerwonym) Bożena włożyła strój arabski i tak w dwa samochody, jechał z nami jeszcze Józek Matan Toyotą Land Cruser, pojechaliśmy do Zeraldy, gdzie znajdowało się nasze biuro i tam przenocowaliśmy. Rano wyruszyliśmy do Algieru i z duszą na ramieniu nie wiedząc czy nas po drodze gdzieś nie zatrzymają, dojechaliśmy do portu promowego w Algierze. Kiedy znaleźliśmy się już na promie mojej żonie puściły nerwy i rozpłakała się.

      I tak zakończyła się moja przygoda z Algierią.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Artykuł z Przeglądu Geodezyjnego o historii Marka Beniowskiego

Algieria - historia księżniczki Aureli

Marzenia zaczęły się spełniać, Libia 1