Moja przygoda marokańska

 


                              Moja przygoda w Maroku

                                                   

zdjęcie zrobione w Rabacie do dokumentu pobytowego

Dotychczas w swoim blogu pisałem o moich sukcesach w codziennym życiu i pracy zawodowej, ale jak wiadomo nie zawsze wszystko układa się tak jak byśmy chcieli. Wspaniałe piękne chwile przeplatają się często z wieloma problemami i kłopotami, nie zawsze zależnymi od nas. Ważne aby umieć znaleźć sposób na wyjście z nich i szukać nowych rozwiązań. Dlatego też zdecydowałem się opisać swoją przygodę w Maroku

      Był to koniec październik 1994r kiedy znaleźliśmy się w Krakowie w zupełnie nowym środowisku. Mieszkanie w Kielcach sprzedaliśmy i kupiliśmy dwa mieszkania w Krakowie dla siebie i syna Witka z Anią. Miałem już 55lat i trzeba było szukać pracy, ale sytuacja w Polsce na rynku pracy była niezwykle trudna. Polska w tym czasie przechodziła transformacje ustrojową i większość inwestycji zostało wstrzymanych. Przedsiębiorstwa do których zgłaszałem się w celu zatrudnienia, nie tylko, że nie mogły mnie przyjąć do pracy, ale same zwalniały wielu pracowników z uwagi na brak zleceń.

     Któregoś dnia będąc w Warszawie w przedsiębiorstwie Gokart, które było winne mnie pieniądze za zakończony kontrakt, samo znalazło się również w trudnej sytuacji finansowej i nie wypłacało nam naszych należności, spotkałem się tam z  inż. Władkiem kolegą i współpracownikiem z Algierii, który  wcześniej przeniósł się z Algierii do Maroka i miał tam znakomity kontrakt indywidualny. Znając moją sytuację i zaproponował mi przyjazd do Rabatu, ponieważ znał tam wielu Polaków i obiecał, że jak tylko znajdzie się w Maroku zorientuje się w możliwości zatrudnienia mnie, jako geodety. Po dwóch tygodniach otrzymałem od niego list w którym napisał, że w tym samym budynku w którym mieszkał w Rabacie, mieszka Polak inż. geodeta i potrzebuje pracowników do pracy w terenie. Zaraz skontaktowałem się z nim telefonicznie, aby się przedstawić. Z rozmowy dowiedziałem się, że mieszka on w Rabacie już od wielu lat, ale nie posiada żadnego sprzętu geodezyjnego potrzebnego do pomiarów, ani samochodu, który w takiej pracy jest niezbędny.

 Dowiedziałem się również, że „Gokart” prowadził kiedyś jakieś prace geodezyjne w Maroku i pozostawił trochę sprzętu w polskiej ambasadzie w Rabacie. Po skontaktowaniu się z „Geokartem” uzyskałem pozwolenie na użycie tego sprzętu w mojej przyszłej pracy.

            Zadowolony i uradowany z takiego obrotu moich starań i wciąż marzący o przygodach w północnej Afryce, ucieszyłem się i zdecydowałem skorzystać z tej propozycji. Po otrzymaniu wizy marokańskiej, wyszykowałem i załadowałem swojego wspaniałego „opla” i wyruszyłem sam w tą daleką podróż. Żonie obiecałem, że jak tylko się tam urządzę zaraz wyśle jej zaproszenie i pieniądze na przyjazd do mnie. Niestety na ten wyjazd musiałem zabrać nasze oszczędności i jeszcze pożyczyć od syna. Martwiła mnie tylko jedna sprawa to jest mój wzrok z ograniczonym polem widzenia, którego nabawiłem się w Algierii

            Pierwszym etapem było miasto graniczne Zgorzelec, w którym szybko znalazłem hotel i strzeżony parking. Wcześnie rano o godz. 6:00, było jeszcze zupełnie ciemno. Zabrałem z hotelu swoją torbę, poszedłem na parking i wyjeżdżając z niego zapytałem parkingowego jak dojechać do przejścia granicznego z Niemcami. Kiedy stanąłem już w kolejce samochodów na przejściu granicznym, podjechał do mnie samochód z parkingu hotelowego i parkingowy zawołał do mnie, że wsiadając do samochodu zostawiłem na ziemi torbę z najważniejszymi moimi dokumentami i on mi ją przywiózł, oczywiście byłem mu niezmiernie wdzięczny, ale było to już pierwsze ostrzeżenie przed całą serią następnych niesamowitych zdarzeń i problemów, wówczas nie zdawałem sobie z tego zupełnie sprawy.

       Po odprawie paszportowej i opłacie ubezpieczenia na Niemcy, Francje i Hiszpanie wyruszyłem w dalszą drogę po wspaniałych autostradach niemieckich z zamiarem dojechania do granicy francuskiej i przenocowania w hotelu po stronie Francji w Mulhouse 1364 km, gdzie nocowałem już wcześniej z moją żoną Bożeną. Muszę przyznać, że samemu jechało mi się nie komfortowo, zwykle na tak długich trasach jeździliśmy razem i mogliśmy dzielić się swoimi wrażeniami.

        Kiedy zmęczony długą i monotonną jazdą znalazłem się wieczorem w hotelu w Mulhouse, z przerażeniem stwierdziłem, że w kieszeni, w której miałem schowane dokumenty to jest prawo jazdy, dowód rejestracyjny i dokument ubezpieczeniowy, nie ma nic. Na szczęście w drugim portfelu, gdzie miałem pieniądze był paszport. Z wrażenia nie mogłem zasnąć. Prawdopodobnie, kiedy brałem benzynę na jednej ze stacji benzynowej w Niemczech, musiały mi wypaść przy wyjmowaniu pieniędzy, ponieważ znajdowały się one osobno w plastykowej okładce, a z uwagi na moje ograniczone pole widzenia i zaoferowany wlewaniem paliwa, tego momentu nie zauważyłem.

        Był to już drugi sygnał, aby zastanowić się co dalej, Bożena do której zadzwoniłem powiedziała, abym wracał z powrotem do domu bo to zły znak. Szkoda mnie było jednak rezygnować z propozycji pracy w ciekawym kraju i nowych przygód. Doszedłem do wniosku, że uda mnie się załatwić wszelkie formalności jak dojadę do Maroka, zwłaszcza, że miałem stary, już nieaktualny dowód rejestracyjny z Niemiec, choć rejestracje miałem algierską, a duplikat prawa jazdy postaram się uzyskać w polskiej ambasadzie w Rabacie.

Rano, pełen optymizmu wyruszyłem w dalszą drogę mając jeszcze do przejechania 2090 km  aby znaleźć się w portowym mieście Algeciras w Hiszpanii.  Jadąc już nie płatną autostradą

 ale świetnymi drogami przez Prowansję i tak dojechałem do Perpignan, blisko granicy z Hiszpanią. Po przenocowaniu w małym tanim hoteliku ruszyłem w dalszą podróż celem dotarcia do Algeciras położonego przy samej Cieśninie Gibraltarskiej, oczywiście z jednym noclegiem po drodze. Przez Hiszpanie jechało mnie się wspaniale, żałowałem tylko, że nie mogę podzielić się tymi wrażeniami z Bożenką. Do Algeciras było około 1440 km przenocowałem  w połowie drogi w niewielkim hoteliku przy autostradzie.

      Rano wypoczęty jechałem dalej i późnym popołudniem dotarłem do portowego miasta Algeciras, w niewielkiej kantynie kupiłem bilet na prom do Ceuty, która jest enklawą hiszpańską po stronie marokańskiej. Sprzedawca powiedział, abym się pospieszył bo zdążę jeszcze na prom, który odpływa za pół godziny.  Do promu miałem już bardzo blisko około 300 m. wjeżdżało się tam przez otwartą bramę przy której stało dwóch facetów, machnięciem ręki zatrzymali mnie prosząc abym pokazał bilet  na prom, bo trzeba go uprawomocnić. Nie zastanawiając się wyjąłem go i podałem im,  w tym momencie zorientowałem się, że są to zwykli złodzieje. Zażądali ode mnie 100 dolarów za autoryzacje, widząc, że nic innego nie wskóram powiedziałem, że mam tylko 50 i tylko tyle mogę im dać.

          Na szczęście zadowolili się tą sumą i oddali mi bilet. Zdenerwowany wsiadłem na prom, który niedługo odpłynął. Miałem ograniczoną ilość pieniędzy i to mnie martwiło, bo nie wiedziałem jeszcze kiedy zacznę pracę i ile zarobię.

           Po dopłynięciu do Ceuty wyjechałem z promu i skierowałem się do granicy hiszpańsko – marokańskiej. Tu miałem znowu nerwową sytuację bo nie miałem aktualnego dowodu rejestracyjnego, który gdzieś po drodze zgubiłem, miałem natomiast już nieaktualny dowód rejestracyjny niemiecki poprzedniego właściciela samochodu a tablice rejestracyjne  algierskie, ale znając dość dobrze mentalność arabów, potrafiłem z nimi odpowiednio rozmawiać i nie zwrócili już uwagi na ten dowód rejestracyjny. Musiałem jednak zapłacić dosyć dużo za polisę ubezpieczeniową na Maroko.

                   Szczęśliwie jednak przekroczyłem granicę marokańską i wyjechałem z Ceuty w kierunku Rabatu, a ponieważ było już dość późno zatrzymałem się w pierwszym napotkanym hotelu, gdzie spędziłem noc.

                Z samego rana, jak zwykle pełen optymizmu, wyruszyłem do Rabatu mając do przejechania 316 km. Posiadałem szczegółową mapę Rabatu i trafiłem bez problemu na adres zamieszkania mojego kolegi Włodka. Przywitanie było bardzo serdeczne, miał on ładne przestronne mieszkanie w centrum Rabatu. W tym samym domu mieszkał również geodeta z polski Apolinary  Bury, u którego miałem właśnie pracować. Mieszkał on w Rabacie już od wiele lat i wykonywał w terenie drobne roboty geodezyjne związane z ustaleniami granic prywatnych właścicieli.  Nie zrobił on na mnie zbyt dobrego wrażenia, ale pomyślałem, że może źle go oceniam, a wszystko okaże się w pracy.

             Na drugi dzień udałem się do jego biura, aby omówić sprawę pracy. Okazało się, że aktualnie nie ma on żadnego zlecenia na wykonanie jakichkolwiek prac geodezyjnych i nie posiada żadnego sprzętu geodezyjnego potrzebnego do wykonywania pomiarów.

            Udałem się więc do polskiej ambasady w Rabacie, gdzie jak wcześniej pisałem pozostało trochę sprzętu geodezyjnego po pracach geodetów z Warszawskiego Geokartu na użycie których otrzymałem pozwolenie. Niestety był to stary sprzęt bez teodolitu i dalmierza.

           Geodeta Apolinary obiecywał, że otrzyma niedługo zlecenie na dobrą pracę i żebym się nie martwił. Zakwaterował  mnie w swoim biurze składającym się z dwóch pokoi i kuchni.       Bród i bałagan był tam niesamowity, więc zabrałem się od razu za sprzątanie, czekając na obiecaną prace. Ale niestety mijały dni, tygodnie, a mnie kończy się już pieniądze na życie.

Chodziłem więc na spacery i zwiedzałem Rabat. Jest to duże piękne miasto położone nad samym oceanem, nowoczesne i podobne do miast europejskich.

           Wreszcie po miesiącu czasu Apolinary otrzymał zlecenie na wytyczenie drogi w bardzo trudnym terenie w górach Rifu. Zlecenie to otrzymał od geodety francuskiego, któremu nie chciało się angażować w tak trudnym terenie. Z uwagi na brak pieniędzy zdecydowałem się podjąć tej pracy, choć warunki finansowe były bardzo kiepskie.

         Apolinary zatrudnił młodego Marokańczyka, który z nami pojechał i miał być naszym pomiarowym. Po przyjechaniu na miejsce do miasta Taza i zameldowaniu się w urzędzie, przedstawiciel tamtejszej administracji postanowił pojechać z nami, aby pokazać nam proponowany przebieg projektowanej drogi. Jechał on samochodem terenowym, a my za nim oplem asconą. Kiedy dojechaliśmy do niewielkiej wsi położonej już w górach, zaproponował nam abyśmy się przesiedli do jego terenowego samochodu, bo będzie to trudna droga. I rzeczywiście jechaliśmy krętą, wąską i kamienistą drogą poprzecinaną płytkimi rzeczkami przez  gęste lasy piniowe cały czas w górę. Widząc to byłem ciężko przerażony jak wjadę tam swoim nisko zawieszonym oplem z ludźmi i sprzętem. Następnym problemem był nocleg. Zakwaterowano nas w tej małej wiosce w pomieszczeniu, gdzie wcześniej nocowały barany i kozy, bez okien i bez drzwi, a łóżka zastępowały zwykłe skrzynie, na których położono baranie skóry. W całej wiosce nie było prądu ani sklepu. Do najbliższego miasta było około 50 km.rzespanej nocy rano załadowałem sprzęt i swoją ekipę i wyruszyliśmy  na obiekt, gdzie miałem wyznaczyć w pierwszej kolejności podpory pod projektowany most na głębokim wedzie czyli korycie rzeki, która wzbiera w czasie opadów deszczu.

     Dojechanie tam moim oplem było niezwykle trudne, poza tym, że była to wąska, kamienista polna droga prowadząca w górę przez las, to jeszcze trzeba było pokonać płytką rzeczkę usianą kamieniami. Aby odciążyć samochód wyładowaliśmy sprzęt i ludzi i pomału szorując podwoziem po kamieniach przejechałem na drugą stronę.

             Wytyczenie podpór mostu było nie lada problemem z uwagi na gęste zarośla i las piniowy. Zmuszony byłem do częstych zmian stanowisk instrumentu, wyliczania nowych współrzędnych celem usytuowania podpór mostu. Wiązało to się ze schodzeniem w dół wąwozu z całym sprzętem, co nie było takie łatwe przy gęstych zaroślach i stromych ścianach. Ale wreszcie udało się wyznaczyć miejsca tych podpór i za stabilizować kamieniami.

       Praca ta wyczerpała mnie bardzo zwłaszcza, że przy dużym zmęczeniu mój wzrok coraz bardziej sł Kiedy wróciliśmy do naszej kwatery, Apolinary oświadczył mi, że on wraca do Rabatu i zostawia mnie tylko z tym jednym pomiarowym  z niewielką ilością pieniędzy. Tymczasem każdy wyznaczony punkt załamania trasy ( długość 20 km) trzeba stabilizować betonowymi granicznikami, które należy samemu wykonać, potrzebny do tego jest cement piasek i woda, oraz forma. Wszystko to trzeba kupić za pieniądze, a oprócz tego trzeba coś jeść i mieć za co kupić paliwo do auta.

       

       Kiedy położyłem się spać doszedłem do wniosku, że w tych warunkach nie jestem w stanie wykonać tej pracy z jednym pomiarowym i bez odpowiedniej ilości pieniędzy. Zdecydowałem kategorycznie, że rano pakuje sprzęt i wracam do Rabatu. Apolinary obraził się na mnie, bo myślał, że zarobi na mojej pracy. Tak jak postanowiłem rano załadowałem sprzęt i ludzi i wróciliśmy do Rabatu.

        Nie widząc żadnej możliwości pracy i zarobienia pieniędzy, zdecydowałem sprzedać samochód, i wrócić do Polski. Znajomy Polak pracujący w biurze projektów polecił mi Marokańczyka, który pomoże mi sprzedać mojego opla. Niestety i to był też niewypał.

Wziął mój samochód, aby zaprezentować go ewentualnym nabywcą i trzymał go cały tydzień. Po tygodniu kiedy sam poszedłem do niego, okazało się, że nie znalazł nikogo kto byłby zainteresowany kupnem, natomiast przez nieumiejętną jazdę zepsuł sprzęgło i całkowicie wyładował akumulator. Byłem załamany, co robić dalej.

        Na szczęście w budynku w którym mieszkał Włodek Brożek, mieszkała rodzina Polaków, których wcześniej poznałem. Pan Roman znając moją beznadziejną sytuację dał mnie adres i telefon do swojego znajomego Polaka pracującego w Casablance, który przyjaźni się z inż. Geodetą Marokańczykiem posiadającym własną firmę i potrzebuje pracowników.

      Dla mnie była to jedyna deska ratunku, toteż zaraz skontaktowałem się telefonicznie najpierw z tym Polakiem, a kiedy dostałem nr telefonu z geodetą marokańskim. Umówiłem się z nim następnego dnia na dworcu w Casablance. Pojechałem pociągiem ponieważ mój opel był zepsuty.

      Kiedy wyszedłem z pociągu przed dworcem stał nowy mercedes z którego wysiadł wysoki, młody, przystojny mężczyzna i pomachał mi ręką, łatwo mnie poznał bo wyróżniałem się wśród arabów. Od razu poczułem do niego sympatię bo był bardzo bezpośredni i szybko nawiązałem z nim kontakt. Zabrał mnie do siebie do domu i przedstawił swojej rodzinie. Okazało się, że jego żona jest Polką i mają dwie małe, urocze dziewczynki.

Zaproszono mnie na obiad po którym poszliśmy do jego biura znajdującego się w tym samym budynku, w celu omówienia warunków pracy. Posiadał on w terenie kilka zespołów geodezyjnych wyposażonych w nowoczesny sprzęt i samochody terenowe. Po zapoznaniu się z moim CV zaproponował, abym przenocował u niego i rano na drugi dzień pojechaliśmy do Agadiru, gdzie pracował jeden z jego zespołów w celu zapoznania się z charakterem prac geodezyjnych jakie zlecał swoim zespołom.

         Zespół składał się z kierownika, dwóch pomiarowych i operatora instrumentu. Zadaniem ich było odtwarzanie granic działek tamtejszych chłopów na dużym obszarze a następnie ich pomiar i naniesienie ich na mapę, oraz obliczenie powierzchni. Praca pod względem technicznym prosta, ale konieczna była dobra znajomość języka arabskiego w celu dogadania się z właścicielami. Oczywiście jako kierownik takiego zespołu dostał bym Marokańczyków, którzy dogadywali by się z tymi właścicielami. Pojechałem z tym zespołem w teren i zapoznałem się z ich pracą. Pracowali oni od wczesnego rana aż do zmroku we wszystkie dni tygodnia. Do spania mieli wynajętą jedną salę, na której poukładane były materace. Warunki te zupełnie mnie nie odpowiadały, jako, że przyzwyczajony byłem do zupełnie innych standardów, zwłaszcza, że chciałem sprowadzić swoją żonę. Kiedy wreszcie dowiedziałem się o swoim wynagrodzeniu w wysokości po przeliczeniu około 300 dolarów miesięcznie, powiedziałem do właściciela tej firmy, że on nie będzie zadowolony z moich warunków, a ja z jego wynagrodzenia. Zrozumiał to i nie oponował. 

       Pozostał jednak problem co mam robić dalej, powiedziałem jemu o swoich problemach na co on zaproponował, że pożyczy mnie tyle pieniędzy ile będę potrzebował na powrót do Polski, natomiast oddam mu po jego przyjeździe do Polski, ponieważ przyjeżdża razem ze swoją żoną i dziećmi raz w roku.

         Z nadzieją i pożyczonymi pieniędzmi wróciłem do Rabatu i w pierwszej kolejności zakupiłem nowy akumulator i dałem samochód do warsztatu aby wymienić sprzęgło.

Wyjechałem z Rabatu 28 grudnia 1994 roku około południa kierując się na prom do Ceuty.

         W trakcie jazdy co jakiś czas silnik zaczął przerywać, więc zatrzymywałem się i wymieniałem świece, po jakimś czasie znowu coś się psuło w silniku. Wstępowałem po drodze do warsztatów samochodowych, ale mechanicy dalej wymieniali tylko świece.

Wreszcie natrafiłem na mechanika, który sprawdził przewody elektryczne do świec, okazały się mocno zaśniedziałe na końcówkach i po wyczyszczeniu samochód odżył.

       Kiedy zbliżałem się do Ceuty szosa rozchodziła się w dwóch kierunkach i nie było drogowskazu, więc zatrzymałem się widząc grupkę ludzi stojących na przystanku, pytając jak mam jechać do Ceuty. Jeden z nich, powiedział, że on mieszka w Ceucie i czy może się ze mną zabrać. Bardzo się z tego powodu ucieszyłem bo nie znałem tego miasta a musiałem wykupić bilet na prom i wymienić pieniądze na hiszpańskie pesety. Zabrałem więc tego człowieka, który okazał się Hiszpanem pracującym w Maroku. Kiedy dojechaliśmy do granicy z enklawą hiszpańską w Ceucie, było już zupełnie ciemno. Byłem mocno zdenerwowany jak przebiegnie kontrola z uwagi na brak prawa jazdy, dowodu rejestracyjnego samochodu i ubezpieczenia, które już się skończyło. Na szczęście mój pasażer, który codziennie przekraczał tą granice, znał dobrze celników i oficerów straży granicznej, przedstawiając mnie jako dobrego znajomego. Dzięki temu kontrola odbyła się bez żadnych problemów, nie sprawdzano żadnych moich dokumentów i przepuszczono nas przez granice. Następnie poprosiłem swojego pasażera, aby poprowadził mnie do najbliższego kantoru w celu wymiany dolarów na pesety. I tutaj bardzo mnie pomógł, bo nie tylko doprowadził mnie do czynnego kantoru, ale pomógł przy wymianie pieniędzy. Ceuta jest to miasto pełne różnego rodzaju złodziei, dlatego też w czasie wymiany stał za mną pilnując aby któryś ze złodziejaszków, a było tam pełno ludzi, nie wyrwał mnie pieniędzy, co często się zdarzało. Po wymianie pieniędzy poprowadził mnie do portu, gdzie kupiłem bilet na prom do Algeciras. Prom odpływał dopiero za dwie godziny, więc podziękowałem swojemu pasażerowi, że tak dużo mi pomógł i wyjąłem garść monet pesetów , aby się odwdzięczyć za jego pomoc, ale on wskazał na mój portfel, gdzie miałem plik papierowych banknotów, zorientowałem się, że pesety mają bardzo małą wartość i sięgnąłem po portfel z myślą o wyjęciu jakiegoś banknotu i tu zrobiłem błąd bo wyjąłem cały plik banknotów, który on mnie natychmiast wyrwał i uciekł już w zupełnych ciemnościach.

            Zmartwiony i zdenerwowany czekałem przed wjazdem na prom, rozmyślając co dalej. Miałem jeszcze trochę dolarów potrzebnych na przejazd przez Francje i Niemcy, pełen bak paliwa i 20 litrów benzyny w kanistrze, oraz trochę jedzenia zabranego z Rabatu. Z takim zaopatrzeniem wjechałem na prom i po trzech godzinach byłem już w Algeciras. Była już godzina 23:30 niewiele się zastanawiając ruszyłem w dalszą drogę, aby jak najdalej odjechać od Algeciras, gdzie włóczyło się pełno różnego rodzaju złodziejaszków i mętów. Kiedy poczułem się już bardzo zmęczony i śpiący w jakimś małym miasteczku wjechałem na duży parking  gdzie parkowały wielkie kontenerowce i ustawiłem się między nimi, zjadłem co nieco i ułożyłem się spać na rozłożonych fotelach.

        Po kiepsko przespanej nocy ruszyłem w dalszą drogę, omijając autostradę, na której opłaty były zbyt wysokie. Jadąc wzdłuż wybrzeża morza Śródziemnego kierowałem się na Barcelonę i droga ta doprowadziła mnie do samego centrum tego wielkiego i wspaniałego miasta. Znalazłem się na szerokiej alei po cztery pasy z każdej strony w godzinach szczytu, gdzie pędziło mnóstwo samochodów w obie strony.

     Nie znając zupełnie miasta jechałem cały czas przed siebie licząc, że znajdzie się jakiś drogowskaz i wskaże mi dalszą drogę. Niestety po przejechaniu kilku kilometrów ta wspaniała aleja zakończyła się parkiem, a wszystkie samochody porozjeżdżały w boczne ulice. Wysiadłem z samochodu i zacząłem się rozpytywać różnych ludzi jak mam dojechać do autostrady w kierunku granic z Francją, ale z nikim nie mogłem się porozumieć ani po francusku, ani po angielsku. W końcu podszedłem do młodego człowieka stojącego przy motorowerze, znał on trochę francuski i próbował tłumaczyć jak mam jechać wymieniając nazwy różnych ulic, które mnie nic nie mówiły. Widząc, że się nie dogadamy, wsiadł na motorower i zachęcił mnie abym za nim jechał. W ten sposób doprowadził mnie do autostrady, którą ruszyłem przed siebie, nie zważając już uwagi na koszty związane z opłatą.

      Miałem jeszcze do przejechania 192 km do pierwszego miasta we Francji po przekroczeniu granic w Perpignan, gdzie postanowiłem przenocować, nalazłe szybko niedrogi hotel przy autostradzie i nareszcie porządnie się wyspałem. Po obudzeniu się rano szczęśliwy, że jestem już we Francji i najtrudniejszy etap podróży mam za sobą stwierdziłem, że moje zasoby finansowe są zbyt skromne, aby wystarczy mi na dalszą podróż do Polski.

       Postanowiłem więc zadzwonić do Polski do Grażyny Jamkowej z którą dobrze się znałem z Algierii, a której brat mieszkał we Francji w mieście Dijon. Powiedziałem jej o swojej sytuacji i poprosiłem o telefon do brata. Oczywiście podała mnie adres i telefon, oraz zadzwoniła do niego uprzedzając o moim przybyciu. Kiedy ja zadzwoniłem do Dijon, brat Grażyny wiedział już o moim przybyciu i umówił się ze mną na dworcu kolejowym w Dijon, dla łatwiejszego odnalezienia się.

       Był to dzień 31 grudnia 1994 roku do Dijon miałem do przejechania 790 km autostradami przez Lyon. Pełen optymizmu i nadziei ruszyłem w dalszą drogę, włączyłem radio z ładną muzyką i droga szybko mnie mijała. W pewnym momencie usłyszałem komunikat w radiu francuskim, że islamiści algierscy opanowali na lotnisku w Algierze francuski samolot pasażerski z całą załogą i pasażerami. Okropnie głupio się poczułem jadąc samochodem z rejestracją algierską i z naklejką „DZ” oznaczającą państwo algierskie, tym bardziej, że oprócz paszportu nie miałem żadnych innych dokumentów nawet prawa jazdy. Stwierdziłem, że mój pech dalej mnie prześladuje. Jadąc tak z duszą na ramieniu późnym popołudniem dotarłem do Dijon na szczęście przez nikogo nie zatrzymany. Trasa do dworca kolejowego była dobrze oznakowana i szybko tam trafiłem. Zadzwoniłem zaraz do brata Grażyny Janusza, który po krótkim czasie się tam zjawił. Byłem uratowany, razem z jego małżonką bardzo serdecznie mnie przyjęli, zwłaszcza, że był to Sylwester który razem z nimi spędziłem. Opowiedziałem im o swoich przygodach.  Nareszcie zszedł ze mnie stres, który nie opuszczał mnie przez całą moją eskapadę do Maroka. Wciąż nie byłem pewien czy cało dojadę do Krakowa. Pieniądze już mnie się kończyły, brak dokumentów również mocno mnie stresował i wciąż obawiałem się czy znowu nie zepsuje się mój samochód.

      Po raz pierwszy noc spędziłem spokojnie i po dobrym śniadaniu pan Janusz pokazał mnie miasto Dijon. Byłem mu bardzo wdzięczny bo zatankował mój pusty bak w samochodzie i pożyczył pieniądze na dalszą drogę. Zaproponowano mnie pozostanie na jeszcze jeden dzień, ale poczułem się już znakomicie i pragnąłem jak najszybciej znaleźć się we własnym domu. 2 stycznia 1995 r. z samego rana ruszyłem w dalszą drogę kierując się do granicy niemieckiej. Przez Francję przejechałem bez problemów, choć mocno się oziębiło i spadł śnieg. Miałem do przejechania 1480 km i postanowiłem przejechać za jednym razem. Kiedy przekroczyłem granicę z Niemcami trafiłem na ogromne zatory na autostradzie. Właśnie Niemcy wracali do domów po świątecznych odwiedzinach i zimowych urlopach. Wcześnie zrobiło się ciemno, śnieg zaczął intensywnie padać, autostrada zatkana niemiłosiernie, pojazdy poruszały się z przerwami w tempie 40 km/godz.  Gdzieś o 12 w nocy poczułem się bardzo zmęczony i śpiący. Zjechałem więc na postój, rozłożyłem fotel aby się trochę przespać, ale zimno szybko mnie obudziło. Ruszyłem więc w dalszą ale ruch na autostradzie w dalszym ciągu nic się nie zmienił tylko płatki śniegu migały mi w oczach. Widziałem jak zapas paliwa pomału się kończył i to bardzo mnie martwiło, ponieważ co parę kilometrów wszystko stało, a silnik pracował.

     I tak jadąc cały dzień i całą noc dotarłem do polskiej granicy w Gorlitz, myśląc, że skończyły się moje problemy. Niestety nie byliśmy jeszcze w układzie z Schengen i granica z polską była mocno kontrolowana. Była godzina 6 rano przy odprawie paszportowej nie było żadnego samochodu, więc natychmiast podjechałem, podałem paszport do którego przybili pieczęć. Następnie podjechałem do celników. Mając numery rejestracyjne algierskie nie chcieli mnie przepuścić jeżeli nie zapłacę cła i kazali zawrócić z powrotem do Gorlitz. To już było ponad moje siły. Zatrzymałem się na jakiejś ulicy nie wiedząc co zrobić, było bardzo zimno, padał śnieg, byłym już bardzo zmęczony. Zostawiłem samochód i jeszcze raz podszedłem do pracowników straży granicznej mówiąc im o swoich kłopotach i że celnicy nie chcą mnie przepuścić. Powiedzieli mi, że za godzinę zmieni się cała obsada celników i abym spróbował jeszcze raz podjechać. Tak też zrobiłem. Przede mną ustawiło się już kilka samochodów i odprawa paszportowa poszła szybko. Kiedy podjechałem do nowego celnika, również zapytał o cło, ale pokazałem mu stary algierski dokument pobytowy „ la carte de sejour” i że wracam z kontraktu z Algierii. Zwrócił jednak uwagę, że data ważności jest już nie aktualna, ale wytłumaczyłem mu, że tam jest w tej chwili stan wyjątkowy i przedłużenie dokumentu załatwię w ambasadzie algierskiej, to jego przekonało i przepuścił mnie przez granicę.

            Nareszcie znalazłem się w Polsce i już bez odpoczynku ruszyłem prosto do Krakowa i bez przygód dotarłem wreszcie do domu.

 

 

 

        

      

 

 

 

 

 

                               Moja przygoda w Maroku

 

Dotychczas w swoim blogu pisałem o moich sukcesach w codziennym życiu i pracy zawodowej, ale jak wiadomo nie zawsze wszystko układa się tak jak byśmy chcieli. Wspaniałe piękne chwile przeplatają się często z wieloma problemami i kłopotami, nie zawsze zależnymi od nas. Ważne aby umieć znaleźć sposób na wyjście z nich i szukać nowych rozwiązań. Dlatego też zdecydowałem się opisać swoją przygodę w Maroku

      Był to koniec październik 1994r kiedy znaleźliśmy się w Krakowie w zupełnie nowym środowisku. Mieszkanie w Kielcach sprzedaliśmy i kupiliśmy dwa mieszkania w Krakowie dla siebie i syna Witka z Anią. Miałem już 55lat i trzeba było szukać pracy, ale sytuacja w Polsce na rynku pracy była niezwykle trudna. Polska w tym czasie przechodziła transformacje ustrojową i większość inwestycji zostało wstrzymanych. Przedsiębiorstwa do których zgłaszałem się w celu zatrudnienia, nie tylko, że nie mogły mnie przyjąć do pracy, ale same zwalniały wielu pracowników z uwagi na brak zleceń.

     Któregoś dnia będąc w Warszawie w przedsiębiorstwie Gokart, które było winne mnie pieniądze za zakończony kontrakt, samo znalazło się również w trudnej sytuacji finansowej i nie wypłacało nam naszych należności, spotkałem się tam z  inż. Władkiem kolegą i współpracownikiem z Algierii, który  wcześniej przeniósł się z Algierii do Maroka i miał tam znakomity kontrakt indywidualny. Znając moją sytuację i zaproponował mi przyjazd do Rabatu, ponieważ znał tam wielu Polaków i obiecał, że jak tylko znajdzie się w Maroku zorientuje się w możliwości zatrudnienia mnie, jako geodety. Po dwóch tygodniach otrzymałem od niego list w którym napisał, że w tym samym budynku w którym mieszkał w Rabacie, mieszka Polak inż. geodeta i potrzebuje pracowników do pracy w terenie. Zaraz skontaktowałem się z nim telefonicznie, aby się przedstawić. Z rozmowy dowiedziałem się, że mieszka on w Rabacie już od wielu lat, ale nie posiada żadnego sprzętu geodezyjnego potrzebnego do pomiarów, ani samochodu, który w takiej pracy jest niezbędny.

 Dowiedziałem się również, że „Gokart” prowadził kiedyś jakieś prace geodezyjne w Maroku i pozostawił trochę sprzętu w polskiej ambasadzie w Rabacie. Po skontaktowaniu się z „Geokartem” uzyskałem pozwolenie na użycie tego sprzętu w mojej przyszłej pracy.

            Zadowolony i uradowany z takiego obrotu moich starań i wciąż marzący o przygodach w północnej Afryce, ucieszyłem się i zdecydowałem skorzystać z tej propozycji. Po otrzymaniu wizy marokańskiej, wyszykowałem i załadowałem swojego wspaniałego „opla” i wyruszyłem sam w tą daleką podróż. Żonie obiecałem, że jak tylko się tam urządzę zaraz wyśle jej zaproszenie i pieniądze na przyjazd do mnie. Niestety na ten wyjazd musiałem zabrać nasze oszczędności i jeszcze pożyczyć od syna. Martwiła mnie tylko jedna sprawa to jest mój wzrok z ograniczonym polem widzenia, którego nabawiłem się w Algierii

            Pierwszym etapem było miasto graniczne Zgorzelec, w którym szybko znalazłem hotel i strzeżony parking. Wcześnie rano o godz. 6:00, było jeszcze zupełnie ciemno. Zabrałem z hotelu swoją torbę, poszedłem na parking i wyjeżdżając z niego zapytałem parkingowego jak dojechać do przejścia granicznego z Niemcami. Kiedy stanąłem już w kolejce samochodów na przejściu granicznym, podjechał do mnie samochód z parkingu hotelowego i parkingowy zawołał do mnie, że wsiadając do samochodu zostawiłem na ziemi torbę z najważniejszymi moimi dokumentami i on mi ją przywiózł, oczywiście byłem mu niezmiernie wdzięczny, ale było to już pierwsze ostrzeżenie przed całą serią następnych niesamowitych zdarzeń i problemów, wówczas nie zdawałem sobie z tego zupełnie sprawy.

       Po odprawie paszportowej i opłacie ubezpieczenia na Niemcy, Francje i Hiszpanie wyruszyłem w dalszą drogę po wspaniałych autostradach niemieckich z zamiarem dojechania do granicy francuskiej i przenocowania w hotelu po stronie Francji w Mulhouse 1364 km, gdzie nocowałem już wcześniej z moją żoną Bożeną. Muszę przyznać, że samemu jechało mi się nie komfortowo, zwykle na tak długich trasach jeździliśmy razem i mogliśmy dzielić się swoimi wrażeniami.

        Kiedy zmęczony długą i monotonną jazdą znalazłem się wieczorem w hotelu w Mulhouse, z przerażeniem stwierdziłem, że w kieszeni, w której miałem schowane dokumenty to jest prawo jazdy, dowód rejestracyjny i dokument ubezpieczeniowy, nie ma nic. Na szczęście w drugim portfelu, gdzie miałem pieniądze był paszport. Z wrażenia nie mogłem zasnąć. Prawdopodobnie, kiedy brałem benzynę na jednej ze stacji benzynowej w Niemczech, musiały mi wypaść przy wyjmowaniu pieniędzy, ponieważ znajdowały się one osobno w plastykowej okładce, a z uwagi na moje ograniczone pole widzenia i zaoferowany wlewaniem paliwa, tego momentu nie zauważyłem.

        Był to już drugi sygnał, aby zastanowić się co dalej, Bożena do której zadzwoniłem powiedziała, abym wracał z powrotem do domu bo to zły znak. Szkoda mnie było jednak rezygnować z propozycji pracy w ciekawym kraju i nowych przygód. Doszedłem do wniosku, że uda mnie się załatwić wszelkie formalności jak dojadę do Maroka, zwłaszcza, że miałem stary, już nieaktualny dowód rejestracyjny z Niemiec, choć rejestracje miałem algierską, a duplikat prawa jazdy postaram się uzyskać w polskiej ambasadzie w Rabacie.

Rano, pełen optymizmu wyruszyłem w dalszą drogę mając jeszcze do przejechania 2090 km  aby znaleźć się w portowym mieście Algeciras w Hiszpanii.  Jadąc już nie płatną autostradą

 ale świetnymi drogami przez Prowansję i tak dojechałem do Perpignan, blisko granicy z Hiszpanią. Po przenocowaniu w małym tanim hoteliku ruszyłem w dalszą podróż celem dotarcia do Algeciras położonego przy samej Cieśninie Gibraltarskiej, oczywiście z jednym noclegiem po drodze. Przez Hiszpanie jechało mnie się wspaniale, żałowałem tylko, że nie mogę podzielić się tymi wrażeniami z Bożenką. Do Algeciras było około 1440 km przenocowałem  w połowie drogi w niewielkim hoteliku przy autostradzie.

      Rano wypoczęty jechałem dalej i późnym popołudniem dotarłem do portowego miasta Algeciras, w niewielkiej kantynie kupiłem bilet na prom do Ceuty, która jest enklawą hiszpańską po stronie marokańskiej. Sprzedawca powiedział, abym się pospieszył bo zdążę jeszcze na prom, który odpływa za pół godziny.  Do promu miałem już bardzo blisko około 300 m. wjeżdżało się tam przez otwartą bramę przy której stało dwóch facetów, machnięciem ręki zatrzymali mnie prosząc abym pokazał bilet  na prom, bo trzeba go uprawomocnić. Nie zastanawiając się wyjąłem go i podałem im,  w tym momencie zorientowałem się, że są to zwykli złodzieje. Zażądali ode mnie 100 dolarów za autoryzacje, widząc, że nic innego nie wskóram powiedziałem, że mam tylko 50 i tylko tyle mogę im dać.

          Na szczęście zadowolili się tą sumą i oddali mi bilet. Zdenerwowany wsiadłem na prom, który niedługo odpłynął. Miałem ograniczoną ilość pieniędzy i to mnie martwiło, bo nie wiedziałem jeszcze kiedy zacznę pracę i ile zarobię.

           Po dopłynięciu do Ceuty wyjechałem z promu i skierowałem się do granicy hiszpańsko – marokańskiej. Tu miałem znowu nerwową sytuację bo nie miałem aktualnego dowodu rejestracyjnego, który gdzieś po drodze zgubiłem, miałem natomiast już nieaktualny dowód rejestracyjny niemiecki poprzedniego właściciela samochodu a tablice rejestracyjne  algierskie, ale znając dość dobrze mentalność arabów, potrafiłem z nimi odpowiednio rozmawiać i nie zwrócili już uwagi na ten dowód rejestracyjny. Musiałem jednak zapłacić dosyć dużo za polisę ubezpieczeniową na Maroko.

                   Szczęśliwie jednak przekroczyłem granicę marokańską i wyjechałem z Ceuty w kierunku Rabatu, a ponieważ było już dość późno zatrzymałem się w pierwszym napotkanym hotelu, gdzie spędziłem noc.

                Z samego rana, jak zwykle pełen optymizmu, wyruszyłem do Rabatu mając do przejechania 316 km. Posiadałem szczegółową mapę Rabatu i trafiłem bez problemu na adres zamieszkania mojego kolegi Włodka. Przywitanie było bardzo serdeczne, miał on ładne przestronne mieszkanie w centrum Rabatu. W tym samym domu mieszkał również geodeta z polski Apolinary  Bury, u którego miałem właśnie pracować. Mieszkał on w Rabacie już od wiele lat i wykonywał w terenie drobne roboty geodezyjne związane z ustaleniami granic prywatnych właścicieli.  Nie zrobił on na mnie zbyt dobrego wrażenia, ale pomyślałem, że może źle go oceniam, a wszystko okaże się w pracy.

             Na drugi dzień udałem się do jego biura, aby omówić sprawę pracy. Okazało się, że aktualnie nie ma on żadnego zlecenia na wykonanie jakichkolwiek prac geodezyjnych i nie posiada żadnego sprzętu geodezyjnego potrzebnego do wykonywania pomiarów.

            Udałem się więc do polskiej ambasady w Rabacie, gdzie jak wcześniej pisałem pozostało trochę sprzętu geodezyjnego po pracach geodetów z Warszawskiego Geokartu na użycie których otrzymałem pozwolenie. Niestety był to stary sprzęt bez teodolitu i dalmierza.

           Geodeta Apolinary obiecywał, że otrzyma niedługo zlecenie na dobrą pracę i żebym się nie martwił. Zakwaterował  mnie w swoim biurze składającym się z dwóch pokoi i kuchni.       Bród i bałagan był tam niesamowity, więc zabrałem się od razu za sprzątanie, czekając na obiecaną prace. Ale niestety mijały dni, tygodnie, a mnie kończy się już pieniądze na życie.

Chodziłem więc na spacery i zwiedzałem Rabat. Jest to duże piękne miasto położone nad samym oceanem, nowoczesne i podobne do miast europejskich.

           Wreszcie po miesiącu czasu Apolinary otrzymał zlecenie na wytyczenie drogi w bardzo trudnym terenie w górach Rifu. Zlecenie to otrzymał od geodety francuskiego, któremu nie chciało się angażować w tak trudnym terenie. Z uwagi na brak pieniędzy zdecydowałem się podjąć tej pracy, choć warunki finansowe były bardzo kiepskie.

         Apolinary zatrudnił młodego Marokańczyka, który z nami pojechał i miał być naszym pomiarowym. Po przyjechaniu na miejsce do miasta Taza i zameldowaniu się w urzędzie, przedstawiciel tamtejszej administracji postanowił pojechać z nami, aby pokazać nam proponowany przebieg projektowanej drogi. Jechał on samochodem terenowym, a my za nim oplem asconą. Kiedy dojechaliśmy do niewielkiej wsi położonej już w górach, zaproponował nam abyśmy się przesiedli do jego terenowego samochodu, bo będzie to trudna droga. I rzeczywiście jechaliśmy krętą, wąską i kamienistą drogą poprzecinaną płytkimi rzeczkami przez  gęste lasy piniowe cały czas w górę. Widząc to byłem ciężko przerażony jak wjadę tam swoim nisko zawieszonym oplem z ludźmi i sprzętem. Następnym problemem był nocleg. Zakwaterowano nas w tej małej wiosce w pomieszczeniu, gdzie wcześniej nocowały barany i kozy, bez okien i bez drzwi, a łóżka zastępowały zwykłe skrzynie, na których położono baranie skóry. W całej wiosce nie było prądu ani sklepu. Do najbliższego miasta było około 50 km.

            Po źle przespanej nocy rano załadowałem sprzęt i swoją ekipę i wyruszyliśmy  na obiekt, gdzie miałem wyznaczyć w pierwszej kolejności podpory pod projektowany most na głębokim wedzie czyli korycie rzeki, która wzbiera w czasie opadów deszczu.

     Dojechanie tam moim oplem było niezwykle trudne, poza tym, że była to wąska, kamienista polna droga prowadząca w górę przez las, to jeszcze trzeba było pokonać płytką rzeczkę usianą kamieniami. Aby odciążyć samochód wyładowaliśmy sprzęt i ludzi i pomału szorując podwoziem po kamieniach przejechałem na drugą stronę.

             Wytyczenie podpór mostu było nie lada problemem z uwagi na gęste zarośla i las piniowy. Zmuszony byłem do częstych zmian stanowisk instrumentu, wyliczania nowych współrzędnych celem usytuowania podpór mostu. Wiązało to się ze schodzeniem w dół wąwozu z całym sprzętem, co nie było takie łatwe przy gęstych zaroślach i stromych ścianach. Ale wreszcie udało się wyznaczyć miejsca tych podpór i za stabilizować kamieniami.

       Praca ta wyczerpała mnie bardzo zwłaszcza, że przy dużym zmęczeniu mój wzrok coraz bardziej słabł.

        Kiedy wróciliśmy do naszej kwatery, Apolinary oświadczył mi, że on wraca do Rabatu i zostawia mnie tylko z tym jednym pomiarowym  z niewielką ilością pieniędzy. Tymczasem każdy wyznaczony punkt załamania trasy ( długość 20 km) trzeba stabilizować betonowymi granicznikami, które należy samemu wykonać, potrzebny do tego jest cement piasek i woda, oraz forma. Wszystko to trzeba kupić za pieniądze, a oprócz tego trzeba coś jeść i mieć za co kupić paliwo do auta.

       Kiedy położyłem się spać doszedłem do wniosku, że w tych warunkach nie jestem w stanie wykonać tej pracy z jednym pomiarowym i bez odpowiedniej ilości pieniędzy. Zdecydowałem kategorycznie, że rano pakuje sprzęt i wracam do Rabatu. Apolinary obraził się na mnie, bo myślał, że zarobi na mojej pracy. Tak jak postanowiłem rano załadowałem sprzęt i ludzi i wróciliśmy do Rabatu.

        Nie widząc żadnej możliwości pracy i zarobienia pieniędzy, zdecydowałem sprzedać samochód, i wrócić do Polski. Znajomy Polak pracujący w biurze projektów polecił mi Marokańczyka, który pomoże mi sprzedać mojego opla. Niestety i to był też niewypał.

Wziął mój samochód, aby zaprezentować go ewentualnym nabywcą i trzymał go cały tydzień. Po tygodniu kiedy sam poszedłem do niego, okazało się, że nie znalazł nikogo kto byłby zainteresowany kupnem, natomiast przez nieumiejętną jazdę zepsuł sprzęgło i całkowicie wyładował akumulator. Byłem załamany, co robić dalej.

        Na szczęście w budynku w którym mieszkał Włodek Brożek, mieszkała rodzina Polaków, których wcześniej poznałem. Pan Roman znając moją beznadziejną sytuację dał mnie adres i telefon do swojego znajomego Polaka pracującego w Casablance, który przyjaźni się z inż. Geodetą Marokańczykiem posiadającym własną firmę i potrzebuje pracowników.

      Dla mnie była to jedyna deska ratunku, toteż zaraz skontaktowałem się telefonicznie najpierw z tym Polakiem, a kiedy dostałem nr telefonu z geodetą marokańskim. Umówiłem się z nim następnego dnia na dworcu w Casablance. Pojechałem pociągiem ponieważ mój opel był zepsuty.

      Kiedy wyszedłem z pociągu przed dworcem stał nowy mercedes z którego wysiadł wysoki, młody, przystojny mężczyzna i pomachał mi ręką, łatwo mnie poznał bo wyróżniałem się wśród arabów. Od razu poczułem do niego sympatię bo był bardzo bezpośredni i szybko nawiązałem z nim kontakt. Zabrał mnie do siebie do domu i przedstawił swojej rodzinie. Okazało się, że jego żona jest Polką i mają dwie małe, urocze dziewczynki.

Zaproszono mnie na obiad po którym poszliśmy do jego biura znajdującego się w tym samym budynku, w celu omówienia warunków pracy. Posiadał on w terenie kilka zespołów geodezyjnych wyposażonych w nowoczesny sprzęt i samochody terenowe. Po zapoznaniu się z moim CV zaproponował, abym przenocował u niego i rano na drugi dzień pojechaliśmy do Agadiru, gdzie pracował jeden z jego zespołów w celu zapoznania się z charakterem prac geodezyjnych jakie zlecał swoim zespołom.

         Zespół składał się z kierownika, dwóch pomiarowych i operatora instrumentu. Zadaniem ich było odtwarzanie granic działek tamtejszych chłopów na dużym obszarze a następnie ich pomiar i naniesienie ich na mapę, oraz obliczenie powierzchni. Praca pod względem technicznym prosta, ale konieczna była dobra znajomość języka arabskiego w celu dogadania się z właścicielami. Oczywiście jako kierownik takiego zespołu dostał bym Marokańczyków, którzy dogadywali by się z tymi właścicielami. Pojechałem z tym zespołem w teren i zapoznałem się z ich pracą. Pracowali oni od wczesnego rana aż do zmroku we wszystkie dni tygodnia. Do spania mieli wynajętą jedną salę, na której poukładane były materace. Warunki te zupełnie mnie nie odpowiadały, jako, że przyzwyczajony byłem do zupełnie innych standardów, zwłaszcza, że chciałem sprowadzić swoją żonę. Kiedy wreszcie dowiedziałem się o swoim wynagrodzeniu w wysokości po przeliczeniu około 300 dolarów miesięcznie, powiedziałem do właściciela tej firmy, że on nie będzie zadowolony z moich warunków, a ja z jego wynagrodzenia. Zrozumiał to i nie oponował. 

       Pozostał jednak problem co mam robić dalej, powiedziałem jemu o swoich problemach na co on zaproponował, że pożyczy mnie tyle pieniędzy ile będę potrzebował na powrót do Polski, natomiast oddam mu po jego przyjeździe do Polski, ponieważ przyjeżdża razem ze swoją żoną i dziećmi raz w roku.

         Z nadzieją i pożyczonymi pieniędzmi wróciłem do Rabatu i w pierwszej kolejności zakupiłem nowy akumulator i dałem samochód do warsztatu aby wymienić sprzęgło.

Wyjechałem z Rabatu 28 grudnia 1994 roku około południa kierując się na prom do Ceuty.

         W trakcie jazdy co jakiś czas silnik zaczął przerywać, więc zatrzymywałem się i wymieniałem świece, po jakimś czasie znowu coś się psuło w silniku. Wstępowałem po drodze do warsztatów samochodowych, ale mechanicy dalej wymieniali tylko świece.

Wreszcie natrafiłem na mechanika, który sprawdził przewody elektryczne do świec, okazały się mocno zaśniedziałe na końcówkach i po wyczyszczeniu samochód odżył.

       Kiedy zbliżałem się do Ceuty szosa rozchodziła się w dwóch kierunkach i nie było drogowskazu, więc zatrzymałem się widząc grupkę ludzi stojących na przystanku, pytając jak mam jechać do Ceuty. Jeden z nich, powiedział, że on mieszka w Ceucie i czy może się ze mną zabrać. Bardzo się z tego powodu ucieszyłem bo nie znałem tego miasta a musiałem wykupić bilet na prom i wymienić pieniądze na hiszpańskie pesety. Zabrałem więc tego człowieka, który okazał się Hiszpanem pracującym w Maroku. Kiedy dojechaliśmy do granicy z enklawą hiszpańską w Ceucie, było już zupełnie ciemno. Byłem mocno zdenerwowany jak przebiegnie kontrola z uwagi na brak prawa jazdy, dowodu rejestracyjnego samochodu i ubezpieczenia, które już się skończyło. Na szczęście mój pasażer, który codziennie przekraczał tą granice, znał dobrze celników i oficerów straży granicznej, przedstawiając mnie jako dobrego znajomego. Dzięki temu kontrola odbyła się bez żadnych problemów, nie sprawdzano żadnych moich dokumentów i przepuszczono nas przez granice. Następnie poprosiłem swojego pasażera, aby poprowadził mnie do najbliższego kantoru w celu wymiany dolarów na pesety. I tutaj bardzo mnie pomógł, bo nie tylko doprowadził mnie do czynnego kantoru, ale pomógł przy wymianie pieniędzy. Ceuta jest to miasto pełne różnego rodzaju złodziei, dlatego też w czasie wymiany stał za mną pilnując aby któryś ze złodziejaszków, a było tam pełno ludzi, nie wyrwał mnie pieniędzy, co często się zdarzało. Po wymianie pieniędzy poprowadził mnie do portu, gdzie kupiłem bilet na prom do Algeciras. Prom odpływał dopiero za dwie godziny, więc podziękowałem swojemu pasażerowi, że tak dużo mi pomógł i wyjąłem garść monet pesetów , aby się odwdzięczyć za jego pomoc, ale on wskazał na mój portfel, gdzie miałem plik papierowych banknotów, zorientowałem się, że pesety mają bardzo małą wartość i sięgnąłem po portfel z myślą o wyjęciu jakiegoś banknotu i tu zrobiłem błąd bo wyjąłem cały plik banknotów, który on mnie natychmiast wyrwał i uciekł już w zupełnych ciemnościach.

            Zmartwiony i zdenerwowany czekałem przed wjazdem na prom, rozmyślając co dalej. Miałem jeszcze trochę dolarów potrzebnych na przejazd przez Francje i Niemcy, pełen bak paliwa i 20 litrów benzyny w kanistrze, oraz trochę jedzenia zabranego z Rabatu. Z takim zaopatrzeniem wjechałem na prom i po trzech godzinach byłem już w Algeciras. Była już godzina 23:30 niewiele się zastanawiając ruszyłem w dalszą drogę, aby jak najdalej odjechać od Algeciras, gdzie włóczyło się pełno różnego rodzaju złodziejaszków i mętów. Kiedy poczułem się już bardzo zmęczony i śpiący w jakimś małym miasteczku wjechałem na duży parking  gdzie parkowały wielkie kontenerowce i ustawiłem się między nimi, zjadłem co nieco i ułożyłem się spać na rozłożonych fotelach.

        Po kiepsko przespanej nocy ruszyłem w dalszą drogę, omijając autostradę, na której opłaty były zbyt wysokie. Jadąc wzdłuż wybrzeża morza Śródziemnego kierowałem się na Barcelonę i droga ta doprowadziła mnie do samego centrum tego wielkiego i wspaniałego miasta. Znalazłem się na szerokiej alei po cztery pasy z każdej strony w godzinach szczytu, gdzie pędziło mnóstwo samochodów w obie strony.

     Nie znając zupełnie miasta jechałem cały czas przed siebie licząc, że znajdzie się jakiś drogowskaz i wskaże mi dalszą drogę. Niestety po przejechaniu kilku kilometrów ta wspaniała aleja zakończyła się parkiem, a wszystkie samochody porozjeżdżały w boczne ulice. Wysiadłem z samochodu i zacząłem się rozpytywać różnych ludzi jak mam dojechać do autostrady w kierunku granic z Francją, ale z nikim nie mogłem się porozumieć ani po francusku, ani po angielsku. W końcu podszedłem do młodego człowieka stojącego przy motorowerze, znał on trochę francuski i próbował tłumaczyć jak mam jechać wymieniając nazwy różnych ulic, które mnie nic nie mówiły. Widząc, że się nie dogadamy, wsiadł na motorower i zachęcił mnie abym za nim jechał. W ten sposób doprowadził mnie do autostrady, którą ruszyłem przed siebie, nie zważając już uwagi na koszty związane z opłatą.

      Miałem jeszcze do przejechania 192 km do pierwszego miasta we Francji po przekroczeniu granic w Perpignan, gdzie postanowiłem przenocować, nalazłe szybko niedrogi hotel przy autostradzie i nareszcie porządnie się wyspałem. Po obudzeniu się rano szczęśliwy, że jestem już we Francji i najtrudniejszy etap podróży mam za sobą stwierdziłem, że moje zasoby finansowe są zbyt skromne, aby wystarczy mi na dalszą podróż do Polski.

       Postanowiłem więc zadzwonić do Polski do Grażyny Jamkowej z którą dobrze się znałem z Algierii, a której brat mieszkał we Francji w mieście Dijon. Powiedziałem jej o swojej sytuacji i poprosiłem o telefon do brata. Oczywiście podała mnie adres i telefon, oraz zadzwoniła do niego uprzedzając o moim przybyciu. Kiedy ja zadzwoniłem do Dijon, brat Grażyny wiedział już o moim przybyciu i umówił się ze mną na dworcu kolejowym w Dijon, dla łatwiejszego odnalezienia się.

       Był to dzień 31 grudnia 1994 roku do Dijon miałem do przejechania 790 km autostradami przez Lyon. Pełen optymizmu i nadziei ruszyłem w dalszą drogę, włączyłem radio z ładną muzyką i droga szybko mnie mijała. W pewnym momencie usłyszałem komunikat w radiu francuskim, że islamiści algierscy opanowali na lotnisku w Algierze francuski samolot pasażerski z całą załogą i pasażerami. Okropnie głupio się poczułem jadąc samochodem z rejestracją algierską i z naklejką „DZ” oznaczającą państwo algierskie, tym bardziej, że oprócz paszportu nie miałem żadnych innych dokumentów nawet prawa jazdy. Stwierdziłem, że mój pech dalej mnie prześladuje. Jadąc tak z duszą na ramieniu późnym popołudniem dotarłem do Dijon na szczęście przez nikogo nie zatrzymany. Trasa do dworca kolejowego była dobrze oznakowana i szybko tam trafiłem. Zadzwoniłem zaraz do brata Grażyny Janusza, który po krótkim czasie się tam zjawił. Byłem uratowany, razem z jego małżonką bardzo serdecznie mnie przyjęli, zwłaszcza, że był to Sylwester który razem z nimi spędziłem. Opowiedziałem im o swoich przygodach.  Nareszcie zszedł ze mnie stres, który nie opuszczał mnie przez całą moją eskapadę do Maroka. Wciąż nie byłem pewien czy cało dojadę do Krakowa. Pieniądze już mnie się kończyły, brak dokumentów również mocno mnie stresował i wciąż obawiałem się czy znowu nie zepsuje się mój samochód.

      Po raz pierwszy noc spędziłem spokojnie i po dobrym śniadaniu pan Janusz pokazał mnie miasto Dijon. Byłem mu bardzo wdzięczny bo zatankował mój pusty bak w samochodzie i pożyczył pieniądze na dalszą drogę. Zaproponowano mnie pozostanie na jeszcze jeden dzień, ale poczułem się już znakomicie i pragnąłem jak najszybciej znaleźć się we własnym domu. 2 stycznia 1995 r. z samego rana ruszyłem w dalszą drogę kierując się do granicy niemieckiej. Przez Francję przejechałem bez problemów, choć mocno się oziębiło i spadł śnieg. Miałem do przejechania 1480 km i postanowiłem przejechać za jednym razem. Kiedy przekroczyłem granicę z Niemcami trafiłem na ogromne zatory na autostradzie. Właśnie Niemcy wracali do domów po świątecznych odwiedzinach i zimowych urlopach. Wcześnie zrobiło się ciemno, śnieg zaczął intensywnie padać, autostrada zatkana niemiłosiernie, pojazdy poruszały się z przerwami w tempie 40 km/godz.  Gdzieś o 12 w nocy poczułem się bardzo zmęczony i śpiący. Zjechałem więc na postój, rozłożyłem fotel aby się trochę przespać, ale zimno szybko mnie obudziło. Ruszyłem więc w dalszą ale ruch na autostradzie w dalszym ciągu nic się nie zmienił tylko płatki śniegu migały mi w oczach. Widziałem jak zapas paliwa pomału się kończył i to bardzo mnie martwiło, ponieważ co parę kilometrów wszystko stało, a silnik pracował.

     I tak jadąc cały dzień i całą noc dotarłem do polskiej granicy w Gorlitz, myśląc, że skończyły się moje problemy. Niestety nie byliśmy jeszcze w układzie z Schengen i granica z polską była mocno kontrolowana. Była godzina 6 rano przy odprawie paszportowej nie było żadnego samochodu, więc natychmiast podjechałem, podałem paszport do którego przybili pieczęć. Następnie podjechałem do celników. Mając numery rejestracyjne algierskie nie chcieli mnie przepuścić jeżeli nie zapłacę cła i kazali zawrócić z powrotem do Gorlitz. To już było ponad moje siły. Zatrzymałem się na jakiejś ulicy nie wiedząc co zrobić, było bardzo zimno, padał śnieg, byłym już bardzo zmęczony. Zostawiłem samochód i jeszcze raz podszedłem do pracowników straży granicznej mówiąc im o swoich kłopotach i że celnicy nie chcą mnie przepuścić. Powiedzieli mi, że za godzinę zmieni się cała obsada celników i abym spróbował jeszcze raz podjechać. Tak też zrobiłem. Przede mną ustawiło się już kilka samochodów i odprawa paszportowa poszła szybko. Kiedy podjechałem do nowego celnika, również zapytał o cło, ale pokazałem mu stary algierski dokument pobytowy „ la carte de sejour” i że wracam z kontraktu z Algierii. Zwrócił jednak uwagę, że data ważności jest już nie aktualna, ale wytłumaczyłem mu, że tam jest w tej chwili stan wyjątkowy i przedłużenie dokumentu załatwię w ambasadzie algierskiej, to jego przekonało i przepuścił mnie przez granicę.

            Nareszcie znalazłem się w Polsce i już bez odpoczynku ruszyłem prosto do Krakowa i bez przygód dotarłem wreszcie do domu.

 

 

 

        

      

 

 

 

 

 

 

    

 

 

 

    

 

 

 

 

    

 

 

 

    

 

 

 

 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Artykuł z Przeglądu Geodezyjnego o historii Marka Beniowskiego

Algieria - historia księżniczki Aureli

Marzenia zaczęły się spełniać, Libia 1